Felicia Yap – Wczoraj

Gdybyśmy zapytali Claire, co przedwczoraj jadła na obiad, miałaby niemały problem z odpowiedzią. Być może sięgnęłaby do swojego iDiary, żeby się tego dowiedzieć. To jednak nie gwarantuje, że znalazłaby tam odpowiedź. A może zamiast tego zapytałaby o to swojego męża, Marka? Łatwe pytanie, trudna odpowiedź. Ale tak właśnie wygląda codzienność Claire, monoski, czyli osoby, której pamięć krótkotrwała sięga tylko jednego dnia wstecz. Claire miała pecha, natomiast Mark wprost przeciwnie. Urodził się bowiem jako duos, czyli osoba, która pamięta aż dwa dni do tyłu. A to już wystarczająco dużo, by zostać członkiem elity społeczeństwa.

O tym, jak bardzo brak pamięci może naprawdę utrudnić życie, Mark i Claire dowiedzą się, gdy przepływająca w okolicach ich domu rzeka Cam wyrzuci na brzeg ciało kobiety. Z nieznanych powodów oboje znajdą się w samym centrum wydarzeń, a co gorsza, wszystkie znaki na niebie i ziemi będą zdawały się wskazywać, że to właśnie Mark miał coś wspólnego z tym morderstwem. Nie trzeba geniusza, by wiedzieć, że cała sytuacja nie będzie zbyt przyjemna dla żadnego z nich. A jak dojść do prawdy, jeżeli zawodzi pamięć? To się dopiero okaże.

Felicia Yap poczęstowała mnie całkiem przyzwoitym, miejscami bardzo zawiłym thrillerem, w który umiejętnie wplotła wątek dystopijny. Przyznaję z ręką na sercu, że z początku miałam niemałe trudności ze zrozumieniem codziennych problemów wykreowanego przez nią społeczeństwa dzielącego się na monosów i duosów – wynika to pewnie z faktu, że trudno jest wyobrazić sobie, czym jest brak pamięci komuś, kto nie ma z tym żadnych problemów. Mimo to krok w krok podążałam za Claire i Markiem, usiłując rozwikłać pojawiające się w miarę rozwoju akcji wątki, a tych – możecie mi wierzyć – nie brakowało.

Wykreowani przez Yap bohaterowie zaskakują, ale na plus – mają wyraziste osobowości i nie można ani przez chwilę odczuć, że autorka kogokolwiek potraktowała po macoszemu. Każdemu nadała charakterystyczny rys i uczyniła z nich ludzi z krwi i kości. Wisienką na torcie jest postać Sophii, czyli kobiety, której ciało na początku powieści znaleziono na brzegu rzeki.

Wczoraj z pewnością przypadnie do gustu miłośnikom thrillerów, zwłaszcza bardzo popularnych w ostatnim czasie thrillerów psychologicznych. Trzyma w napięciu do samego końca i zdecydowanie nie pozwala się nudzić.

 

Tytuł oryginału: Yesterday
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: W.A.B.

Ocena (1-10): 6 – dobra

Karen Cleveland – Muszę to wiedzieć

No dobra. Okej. To teraz ktoś mi powie, co tu się właściwie wydarzyło. Bo może ustalmy sobie jedno – rozumiem, że można się z czytelnikiem bawić w kotka i myszkę, wodzić go za nos i robić kuku. Można kombinować i mylić tropy, ale żeby AŻ TAK? No dzięki. Fantastyczna robota, Karen. Koncertowo popsułaś mi dzień.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Wcale nie mam jej tego za złe. W gruncie rzeczy trzeba mieć łeb jak sklep, żeby zrobić sobie z czytelnika jaja i wykiwać go nie raz, nie dwa, a z pięćdziesiąt. Dałam się nabrać
i łykałam jak młody pelikan. Raz za razem. No nic, naprawdę łebska ze mnie babka, nie ma co. Więc teraz, aby wszystko było jasne, wyjaśnię może, o co ta cała drama.

Otóż są sobie Vivian i Matt. Idealne małżeństwo – zgrane, kochające się, z czwórką dzieci. Wprawdzie ona może trochę za dużo pracuje, przez co ma wyrzuty sumienia, że zaniedbuje rodzinę, ale trudno być analitykiem w CIA i nie siedzieć po godzinach. On w każdym razie doskonale sobie radzi jako pracujący
w domu mąż i cała ta dobrze naoliwiona maszyna zwana ich rodziną sprawnie toczy się do przodu. Do czasu, w którym Vivian, tropiąc uśpionych rosyjskich agentów, odkrywa, że… jednym z nich jest jej mąż. Jej kochany Matt, jej druga połówka, miłość życia. Nie trzeba geniusza by wiedzieć, że bańka, w której przez wiele lat żyła Vivian, w jednej chwil pęka i zostaje z niej mokra plama. Zamiast szczęścia jest wściekłość, niedowierzanie, strach oraz jeszcze parę innych emocji i odczuć z katalogu tych najbardziej nieprzyjemnych. A najgorsza i tak jest niepewność.

Co Viv ma zrobić teraz? Ujawnić wszystko CIA? Wybaczyć mężowi i chronić rodzinę? Przed kobietą niełatwe zadanie, a obojętnie, jakie wyjście z sytuacji wybierze, konsekwencje będą dotkliwe. Tymczasem zegar tyka.

Muszę to wiedzieć to świetna powieść sensacyjna, w której krok w krok podążamy za jej główną bohaterką i niemal do samego końca sami nie wiemy, w co wierzyć. Cleveland robi z nami, co jej się podoba, a my jak te cielęta idziemy tam, gdzie chce. Bardzo lubię tę formę czytelniczej bezradności. To, że nasze podejrzenia na zmianę rozpływają się i krystalizują i nic nie wydaje się być całkiem oczywiste.

Wyczuwam hit.

 

Tytuł oryginału: Need to know
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: W.A.B

Ocena (1-10): 8 – rewelacyjna

 

DATA PREMIERY: 6 czerwca

 

 

 

 

 

Chris Carter – Rozmówca

„Ludzie, którzy utracili ukochane osoby w wyjątkowo brutalnych okolicznościach, o wiele łatwiej gubili swoją drogę w życiu, a upływ czasu nigdy nie okazywał się dla nich łaskawy. Ktoś, kto z jakichkolwiek przyczyn stał się świadkiem takiej gwałtownej straty, zwykle cierpiał o wiele bardziej” – Chris Carter, Rozmówca.

Carter przyzwyczaił mnie do tego, że w jego powieściach cierpią niemal wszyscy. Jedni trochę bardziej, inni nieco mniej, ale cierpienie nie omija nikogo – trudno byłoby więc nazwać go najbardziej łaskawym pisarzem świata. Nawet jeśli swoim bohaterom nie funduje cierpienia fizycznego, na tacy serwuje psychiczne. Czasami oba naraz. Nie oszczędza nikogo, ani ich, ani mnie, czytelnika. Na swój sposób Carter wydaje mi się być nawet podobny do miłościwie nam panującego George’a R. R. Martina – równie hojną ręką rozdaje i cierpienie, i śmierć. I weź tu, człowieku, śpij potem spokojnie.

Tytułowy rozmówca z najnowszej powieści Chrisa Cartera jest bezwzględnym, niezwykle brutalnym, perfidnym i wyrachowanym zabójcą. I to, co u Cartera jest normą, samo akt popełnienia zbrodni to nie wszystko. Zabójca nawiązuje bowiem wideorozmowę z najbliższą dla ofiary osobą i to na jej barkach kładzie ewentualną odpowiedzialność za popełnioną zbrodnię, dając jej niespecjalnie trudne zadanie – aby uratować swojego bliskiego, osoba po drugiej stronie słuchawki musi odpowiedzieć na dwa banalnie łatwe pytania. Wystarczą więc dwie prawidłowe odpowiedzi i potencjalna ofiara jest wolna. Co może pójść nie tak? Hm. W thrillerze? O rany, wszystko.

I właśnie dlatego Rozmówca bez wątpienia przypadnie do gustu tym, którzy uwielbiają w Carterze tę jego skłonność do bezwzględnego rozprawiania się z ofiarami stworzonych przez niego potworów w ludzkiej skórze. Jak zwykle nie brakuje tu napięcia i nie odpuszczającego ani na chwilę poczucia zagrożenia. A detektyw Robert Hunter jest, jak zwykle, absolutnie wspaniały. Dla wielbicieli mocno krwawych thrillerów Rozmówca jest totalnie do schrupania. Zresztą jak wszystko, co wyszło spod pióra Chrisa Cartera.

 

Tytuł oryginału: The Caller
Liczba stron: 368
Wydawnictwo: Sonia Draga

Ocena (1-10): 7 – bardzo dobra

 

Riley Sager – Ocalałe

Jak żyje się ze świadomością, że zdecydowanie zbyt duża liczba osób w kraju wie, kim jesteś? I jak to jest, żyć z przyklejoną przez dziennikarzy łatką Ocalonej, a wszystko to z powodu faktu, że kilkanaście lat temu jako jedyna przeżyłaś masakrę w letniskowym domku?
Jak się okazuje, nie ma w tym nic ekscytującego.

Quincy zbudowała wokół siebie mur – bezpieczny, trwały i niemal nienaruszalny. Nic dziwnego. Niewiele osób może „pochwalić się” tym, że przeżyli morderczy rajd psychopatycznego zabójcy. W zasadzie jest to klub dość elitarny, bo zaledwie trzyosobowy, a oprócz Quincy należą do niego dwie inne kobiety – Lisa Milner i Samantha Boyd, którym również udało się wymknąć z rąk morderców, choć w zgoła odmiennych okolicznościach. Naszej bohaterce nie do końca odpowiada jednak życie na świeczniku i z rozmysłem stara się nie wychylać, wiodąc spokojne życie kulinarnej blogerki zajmującej się słodkimi wypiekami. I wszystko zapewne toczyłoby się dalej swoim spokojnym rytmem gdyby nie fakt, że jedna z Ocalałych, Lisa Milner, zostaje znaleziona martwa w swoim mieszkaniu, a w życiu Quincy niespodziewanie pojawia się ukrywająca się od dawna przed ostrymi piórami dziennikarzy i światłami fleszy Samantha Boyd. A wtedy… BUM!

A skoro jest thriller, to musi być BUM, nie ma innego wyjścia. Problem polega na tym, że czasami to bum przypomina raczej dźwięk wystrzelonego korka od szampana niż odgłos wybuchającej bomby. W Ocalałych brzmi to na szczęście jak coś pomiędzy. Czyli że jest głośno, ale nie aż tak, żeby ze strachu spadły mi gacie – a to już naprawdę dobra wiadomość. Kolejną jest to, że Sage naprawdę postarał się, żeby zrobić mi wodę z mózgu. Szanuję to i doceniam, bo nie ma nic gorszego niż thriller, który zapowiada się dobrze, a jest słaby jak Virgin Mojito.

Nie obyło się jednak bez zgrzytów – w Ocalałych największym z nich jest, i mówię to prawie z bólem serca, główna bohaterka. Jeżeli kiedykolwiek przeszło mi przez myśl, że naiwne kobiety występują wyłącznie w romansach (patrz Arsen…), postać Quincy Carpenter wyprowadziła mnie z błędu. I niewiele wydaje się tu zmieniać nawet fakt, że ta naiwność była potrzebna autorowi do tego, by fabułę rozwinąć w sposób zgrabnie doprowadzający całą historię do końca. Zaś ten rzeczywiście szalenie zaskakuje. A w końcu o to przecież w thrillerze chodzi.

 

Tytuł oryginału: Final Girls
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: Otwarte

Ocena (1-10): 6 – dobra

Amie Kaufman, Jay Kristof – Illuminae. Illuminae Folder_01

Nie jest wielką tajemnicą, że żadna ze mnie wielbicielka literatury science-fiction. Prawdę powiedziawszy, w skali od 1-10 lubię sc-fi na jakieś, bo ja wiem, 2? Plus jeżeli mam być całkowicie szczera, prędzej sci-fi obejrzę niż przeczytam. I wiecie co? Wygląda na to, że wiele tracę, bo…

NIE WIERZĘ, ŻE POZWOLIŁAM NA TO, BY ILLUMINAE LEŻAŁA NA PÓŁCE OD WRZEŚNIA. SAMOTNA, NIEPRZECZYTANA I NIEDOCENIONA.

Dajcie kij, sama sobie spuszczę lanie za głupotę i lenistwo. Serio, nie mogę tego pojąć. JAK JA MOGŁAM BYĆ TAK DURNA? Co to za wymówki, którymi karmiłam się miesiącami, że niby Illuminae jest za ciężka do torby i jak ja przez kilka dni będę z nią jeździć do pracy i z powrotem? Rany, nagroda dla kretyna lutego 2018 trafia prosto w moje ramiona.

Ale do rzeczy. To było jak grom z jasnego nieba. Pierwsza strona, druga i trzecia, przy dziesiątej byłam już zakochana po uszy. Najpierw to, co najważniejsze: to nie jest klasyczna powieść z narracją, jaką znamy. Illuminae jest w zasadzie teczką (a z uwagi na jej objętość raczej teką) składającą się z tajnych raportów, zapisów rozmów na czacie, e-maili, planów czy odczytów z działania sztucznej inteligencji. Wszystkie te dokumenty razem wzięte przestawiają historię Kady Grant, nastolatki z kolonii Kerenza, która po inwazji BeiTechu zmuszona jest ewakuować się na statek kosmiczny Hypatia i wraz z dwoma pozostałymi statkami, Alexandrem i Copernicusem, ucieka przez ścigającym je statkiem korporacji, Lincolnem. W tym samym czasie na Alexandrze przebywa jej „teraźniejszobyły” (Kady zerwała z nim w dniu, w którym doszło do ataku na Kerenzę) chłopak, Ezra Mason, którego z powodu braku żołnierzy mogących bronić floty, wojsko szybko wciąga do służby. Sytuacja komplikuje się (generalnie w większości książek w pewnym momencie sytuacja się komplikuje i nie jest to coś nadzwyczajnego), gdy na Copernicusie wybucha epidemia phobosa – wirusa, który u zarażonych wywołuje niekontrolowaną agresję. A ponieważ wkrótce okazuje się, że phobos bardzo szybko rozprzestrzenia się i mutuje, Hypatia, Alexander, mamy problem!
Jednak nie bójcie się i trwajcie w wierze, drodzy wędrowcy w kosmosie, albowiem na pokładzie Hypatii urzęduje Kady, mająca bystry umysł i niebywałą zdolność do hackowania wszystkiego, co da się zhackować. Jest więc nadzieja, że nie zginiecie. No cóż, a przynajmniej nie wszyscy. Jedno jest pewne – Kady łatwo się nie podda, a obecność Ezry na Alexandrze tylko dodatkowo ją zmotywuje.

Wdech.
Wydech.

No dobra. Z całych sił powstrzymuję się przed eksplozją niekontrolowanego zachwytu, euforii, gwiazdek w oczach i machania rączkami, bo DRODZY PAŃSTWO, CO TO BYŁA ZA KSIĄŻKA! Tak bardzo inna niż wszystkie, tak przemyślana, tak doskonale dopracowana, estetyczna wizualnie, ciekawa, zabawna, budząca grozę, skłaniająca do refleksji – wszystko to na niemal sześciuset stronach, które łapczywie pożera się w kilku kęsach. I teraz, gdy już jestem „po”, interesuje mnie tylko jedno – KIEDY KOLEJNA CZĘŚĆ?

 

Tytuł oryginału: Illuminae. The Illuminae Files_01
Liczba stron: 598
Wydawnictwo: Moondrive

Ocena (1-10): 9 – wybitna

 

Tess Gerritsen – Sekret, którego nie zdradzę

To, co dobre, rozleniwia. Przyzwyczaja do siebie. Sprawia, że bierzemy ten stan rzeczy za stały, niezmienny i niemal pewny. Tak dotychczas wyglądała moja relacja z serią o detektyw Jane Rizzoli i lekarce sądowej Maurze Isles autorstwa Tess Gerritsen. Jedenaście bardzo dobrych, często wręcz rewelacyjnych powieści, przy których nietrudno było o to, by dreszcz napięcia przebiegł mi po plecach, przyzwyczaiły mnie do brania tej serii za pewnik. A potem ukazała się dwunasta książka z cyklu i czar prysł. Mam tylko nadzieję, że nie na dobre.

W najnowszej powieści Gerritsen, Sekret, którego nie zdradzę, Rizzoli i Isles stają przed koniecznością rozwiązania tajemnicy morderstwa, które pod żadnym możliwym względem nie wygląda jak typowe zabójstwo. Tym, co odróżnia je od innych, są wydłubane gałki oczne ofiary spoczywające w jej dłoniach. Nie pomaga tu fakt, że nawet doktor Isles nie jest w stanie określić bezpośredniej przyczyny zgonu dziewczyny. Wszystko natomiast wskazuje na to, że zamordowana (nota bene będąca reżyserką horrorów), padła ofiarą skrzywionego psychicznie wielbiciela makabry. Tylko że gdy detektyw Rizzoli odnajduje kolejne ciało, ta teoria upada.

Naprawdę chciałabym wierzyć, że nowa powieść Gerritsen, którą już od wielu lat zaliczam do grona moich ulubionych pisarek, to tylko błąd przy pracy. Albo że po prostu tak w życiu bywa, że nawet najlepszy pisarz może od czasu do czasu napisać coś, co nie do końca odpowiada oczekiwaniom czy gustom tego, czy innego czytelnika. Nie ma wszak na świecie rzeczy, która podobałaby się bez wyjątku wszystkim – nawet zupa pomidorowa, wbrew temu, co mówi popularne powiedzenie. Sekret… mnie zwyczajnie nie porwał, nie było w nim nic, nad czym rozpłynęłabym się w zachwycie i tkwiła w nim przez kolejne dni. Ot, thriller jakich wiele. Bez ochów, bez achów, zwyczajny.

 

Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 384

Ocena (1-10): 5 – przeciętna

 

 

 

Alice Feeney – Czasami kłamię

Co jest, do cholery? – zmarszczyłam brwi. Zawsze to robię, gdy czytam i może właśnie to jest przyczyną, dla którego moje czoło wygląda tak, a nie inaczej. No trudno, tak bywa. Zachodziłam w głowę, co ona właściwie sobie myślała, cała ta Alice Feeney, fundując mi tak druzgocącego mindfucka, że zwątpiłam we wszystko, co w związku z jej powieścią schludnie poukładałam sobie w głowie. Brawo, pani Feeney, zrobiła mi pani z mózgu kaszankę!

Znacie to uczucie, kiedy autor czytanej przez was historii nagle odwraca ją do góry nogami i czujecie, jakby wsadzono was do pralki i włączono wirowanie? Uważam to za absolutnie cudowne i upajające,
i właśnie dlatego czytam książki. Nie ma nic lepszego niż moment, w którym – kiedy myślisz, że nic cię nie zaskoczy, bo wszystko już wiesz – dostajesz plot twistem prosto w łeb i z wrażenia padasz na ziemię.
I właśnie tak było tutaj.

Na początku wiemy tylko tyle, że:
– Amber Reynolds leży w śpiączce po wypadku samochodowym i choć jej ciało śpi, jej umysł pracuje na pełnych obrotach.
– Amber Reynolds jest przekonana o tym, że mąż jej nie kocha i w dodatku zdradza ją z jej własną siostrą. Ach, no i że prawdopodobnie to on zrobił jej krzywdę.
– Amber Reynolds kłamie. Czasami. Tak tylko odrobinkę. Zresztą co w tym dziwnego? Każdy czasami kłamie, nie ma o co drzeć szat.

Wszystko to mniej więcej sugeruje nam, w którą stronę podąży ta historia. Na szczęście – o Boże, NA SZCZĘŚCIE! (powinno znaleźć się tu przynajmniej dwanaście wykrzykników) – to tylko pozory. U Feeney bowiem nic nie jest takie, jakim się wydaje i niczego, absolutnie niczego nie można być pewnym w stu procentach. Mocno zachęcam do bycia uważnym w czytaniu, bo liczba smaczków, jakie autorka ukryła
w swojej powieści, przekracza ludzkie pojęcie. To nie jest jeden cios. To jest cholerny grad ciosów, które spadają na człowieka właśnie wtedy, gdy zdążył sobie już pomyśleć, że rozgryzł wszystkie tajemnice Amber. Zdumiewające.

Kolejną wisienką na tym feeneyowskim torcie jest forma powieści, w której narracja skacze od teraźniejszości do wydarzeń sprzed kilkunastu dni i kilkudziesięciu lat. I jeszcze sama Amber, nasza główna bohaterka. Przeciętna, nijaka do bólu, nudna i przewidywalna. To tylko pozory. Wiecie, co możecie sobie z nimi zrobić? Tak? Więc zróbcie to, a potem przeczytajcie tę fenomenalną książkę.

 

Tytuł oryginału: Sometimes I lie
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: W.A.B.

Ocena (1-10): 7 – bardzo dobra

 

 

Katarzyna Berenika Miszczuk – Obsesja

Niczego nie lubię tak, jak rozczarowań. Najgorszym uczuciem pod słońcem jest, kiedy spodziewam się wszystkiego, co najlepsze, a dostaję coś, co nie do końca okazuje się być tym, na co czekałam.

Kiedy dostałam propozycję przeczytania najnowszej powieści Katarzyny Bereniki Miszczuk, już czytając sam opis książki pomyślałam sobie, że to jest właśnie to, co lubię najbardziej. Obsesja jest bowiem historią Joanny Skoczek, młodej psychiatry pracującej w warszawskim szpitalu, która pewnego dnia zaczyna otrzymywać anonimowe wiadomości od tajemniczego wielbiciela. Zapowiada się nieźle, mamy bowiem tutaj damę mającą nie lada kłopoty, psychopatę mordującego kobiety o określonym typie urody, przynajmniej dwóch podejrzanych i rycerza lekarza sądowego na białym koniu szybkim motocyklu. Nic więc dziwnego, że na pierwszy rzut oka wszystko tu gra i skleja się w całkiem dobrą, interesującą historię z dreszczykiem, ale… no właśnie. Ale.

Nie potrafię pozostać obojętna na irytujący zgrzyt, który w trakcie czytania tej książki chwilami pojawiał się w mojej głowie, ponieważ…

Uwaga – możliwe spoilery!

– osoba, którą na tacy podaje nam Miszczuk jako potencjalnego, ogarniętego obsesją mordercę jest na tyle przerysowana, że od razu wiadomo, iż to nie on jest sprawcą wszystkich zuchwałych zbrodni, które opisuje autorka;

– niespecjalnie podobało mi się podejście głównej bohaterki (w moim odczuciu nieco lekceważące) i jej współpracowników do swoich borykających się z problemami psychicznymi pacjentów. Nazywanie urojeń chorej pacjentki idiotycznymi uważam za zdecydowanie nie na miejscu. Powiem więcej – jako osoba, która ma za sobą zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, poczułam niesmak. Ale może się czepiam?

Koniec spoilerów!

Mimo wszystko zgrzyty, choć chwilami głośne i wyprowadzające z równowagi, niespecjalnie wpłynęły na mój całościowy odbiór tej powieści. Nie mogę odmówić autorce faktu, że udało jej się stworzyć całkiem zgrabną historię, którą czyta się z faktyczną przyjemnością. Może i nie brakuje tu sucharów czy sytuacji, w których ręka sama ucieka na twarz w uniwersalnym geście facepalmu, ale nie jest źle.

 

Wydawnictwo: W.A.B. 
Liczba stron: 416

Ocena (1-10): 6 – dobra

 

Amor Towles – Dżentelmen w Moskwie

Dowcipna, urocza, mądra i wzruszająca – choć to nie jedyne przymiotniki, jakimi można opisać tę zdumiewającą powieść, to jednak właśnie te jako pierwsze pojawiają się w mojej głowie, gdy myślę o historii Rostowa, hrabiego, który wskutek wywrotowego (zdaniem rosyjskiej władzy) wiersza jego autorstwa, zostaje skazany na areszt domowy w najbardziej ekskluzywnym hotelu w Moskwie – w hotelu Metropol.

W ciągu jednej chwili życie hrabiego ulega diametralnej zmianie – z niezależnego, lubiącego czerpać z życia i jego kulturalnych walorów mężczyzny, zmienia się w więźnia, którego świat ograniczył się do ścian moskiewskiego hotelu. I właśnie to jest ten moment, w którym może zacząć się robić nieprzyjemnie, bowiem perspektywa życia w zamknięciu aż do kresu swoich dni jest w stanie przyprawić niemal każdego człowieka o poważny upadek na zdrowiu psychicznym. Jak więc w tej sytuacji zachowa się hrabia? W gruncie rzeczy ma tylko dwa wyjścia – albo popadnie w marazm
i pozwoli, by życie już do końca wymknęło mu się z rąk albo stawi czoła sytuacji i wyjdzie z niej obronną ręką. Oczywiście na tyle, na ile pozwoli mu jego położenie.

Uspokoję was – będzie dobrze. Towles nie pozwolił sobie na skrzywdzenie swojego bohatera, wręcz przeciwnie. Wyposażył go bowiem w wiele cech, które Rostowowi pozwolą na oswojenie się z sytuacją i zaakceptowanie jej, a w następnym etapie do dostosowania się do niej na tyle, by jego dalsze życie w zamknięciu przebiegało jak najbardziej komfortowo i miło. Przy czym fakt, że mówimy o najbardziej ekskluzywnym hotelu w Moskwie, rzecz jasna nie pozostaje bez znaczenia.

Dzięki pisarskiemu kunsztowi Towlesa, tę książkę czyta się z prawdziwą, niesłabnącą przyjemnością. Jest wyrazista, szalenie dowcipna i napisana doskonałym językiem, w dodatku nie raz i nie dwa przywodziła mi na myśl wybitną prozę Dostojewskiego. Postać hrabiego to z kolei absolutny majstersztyk, przy czym jest to widoczne o tyle, że pozostali bohaterowie, choć wielu z nich to postaci bardzo istotne dla całej historii, zdają się tylko uwypuklać to, co w kreacji hrabiego najlepsze. Poznajemy więc Rostowa jako przyjaciela, mentora, pracownika, kochanka i wreszcie ojca, a każda
z tych ról ujawnia nam inną stronę tego niezwykłego człowieka.

Wszystko w tej historii jest przemyślane od początku do końca, brak tu przypadków i zapchajdziur. Dżentelmen w Moskwie to niezwykle mądra powieść, która przede wszystkim daje nadzieję na to, że człowiek, dzięki odpowiedniemu nastawieniu i otwartości znieść może naprawdę wiele. Zdecydowanie zasługuje na miano jednej z najlepszych powieści roku.

 

Tytuł oryginału: A Gentleman on Moscow
Liczba stron: 560
Wydawnictwo: Znak

 

Ocena (1-10): 8 – rewelacyjna

Najbardziej elektryzujące premiery WRZEŚNIA

Jak na złość, zupełnie jakbym we wrześniu miała za mało wydatków, większość najbardziej interesujących mnie wydawnictw właśnie na wrzesień szykuje mnóstwo fenomenalnych premier. Już same tytuły zachęcają do otwarcia portfela i nie powiem, żebym zamierzała im się specjalnie opierać. No bo spójrzmy prawdzie w oczy. Niektórym zwyczajnie się nie da.

 

Mariusz Sepioło – Himalaistki. Opowieść o kobietach, które pokonały każdy szczyt

Czekam na nią z OGROMNĄ niecierpliwością i przebieram nogami tak, jak przebierałam w oczekiwaniu na książkę Adama Bieleckiego i biografię Wandy Rutkiewicz. Historie o himalaistach zawsze wywołują we mnie prawdziwą burzę emocji. Mam nadzieję, że i tym razem się nie zawiodę, zwłaszcza że poprzednia książka Mariusza Sepioło którą czytałam, Ludzie i gady, była rewelacyjna.


Opis wydawcy:
Polki budowały legendę światowego himalaizmu. To one były pierwsze. Ich życiorysy to gotowe scenariusze filmowe.
Wanda Rutkiewicz nieraz spojrzała śmierci w oczy. Dobrosława Miodowicz-Wolf umarła, pomagając innym. Halina Kruger-Syrokomska zasnęła w namiocie na wysokości kilku tysięcy metrów i nigdy się nie obudziła. Ale te, które przeżyły, mówią: góry są po to, żeby w nich żyć, a nie umierać.
Przez wiele lat zmagały się z własnym środowiskiem – pełnym męskiego szowinizmu i dyskryminacji. O swoją pozycję musiały walczyć podwójnie ciężko. Niektóre za tę walkę zapłaciły podwójną cenę.
Kogo kochały? Kogo kochają? Jak wygląda ich prywatność w Polsce, a jak w Himalajach? Dlaczego zostawiają domy, mężów i dzieci, by się wspinać? „Uciekają” czy „gonią”?

Wydawnictwo: Znak
Data premiery: 27.09.2017

 

Piotr Pustelnik – Ja, pustelnik. Autobiografia

Jak wyżej. Zapowiada się prawdziwa uczta!


Opis wydawcy:
Czte
rnaście ośmiotysięczników w 20 lat. Trzeci Polak, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum
Najwyższe szczyty i cena, jaką trzeba za nie zapłacić
Legendarny himalaista Piotr Pustelnik po raz pierwszy opowiada swą historię

Ta książka jest jak najlepsza powieść przygodowa. Dużo w niej zwrotów akcji, przypadkowych, a jak się później okaże przełomowych wydarzeń, radości, smutku, potyczek z przeznaczeniem i balansowania na granicy życia i śmierci.
Nic nie zapowiadało, że Piotr Pustelnik zostanie jednym z najbardziej szanowanych i najlepszych górskich zdobywców. Poważna choroba serca, nadopiekuńcza matka, wesołe, czasem też trudne dzieciństwo. Pasja i miłość do gór rodziły się powoli. Pierwszego kursu skałkowego nie ukończył, mimo to coraz mocniej wierzył, że wysokie góry, te najwyższe, są jego prawdziwym przeznaczeniem.
Swój pierwszy ośmiotysięcznik, Gaszerbrum II, zdobył w 1990 roku. Miał wówczas 39 lat. Droga na szczyty wszystkich czternastu ośmiotysięczników i zdobycie Korony Himalajów i Karakorum zabrały mu 20 lat.
Ta książka jest opowieścią o tej drodze. I o cenie, jaką trzeba było za to zapłacić. Pustelnik szczerze, a w wielu momentach po prostu pięknie opowiada o swej pasji i sukcesach, ale też o tym, co w drodze na szczyt poświęcił, a poświęcił wszystko. Jest w tej opowieści miejsce na radość i świętowanie, jest także paniczny, zwierzęcy strach, są wspaniali himalaiści, z którymi się wspinał: Wanda Rutkiewicz, Krzysztof Wielicki, Ryszard Pawłowski, Piotr Morawski i plejada wielu innych wybitnych zdobywców, jest także smutek po stracie kolejnych przyjaciół i partnerów od liny.
Dlaczego góry tak pociągają? Co pchało Pustelnika na najwyższe szczyty świata?
Jak twierdzi sam bohater, wytłumaczyć, dlaczego ludzie chodzą po górach, albo się nie da, albo nie potrzeba tego robić – ta książka jest jednak próbą odszukania odpowiedzi na to pytanie.

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data premiery: 14.09.2017

 

Christophe Galfard – Wszechświat w twojej dłoni

Sama nie wiem, co uwiodło mnie najpierw – tematyka tej książki czy jej przepiękna okładka (to argument, z którym nie mogę walczyć, prawda?). Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że od pewnego czasu niemal w ciemno kupuję książki o kosmosie, a mimo to wciąż nie mam ich dosyć. Wszechświat w twojej dłoni zdecydowanie nie będzie wyjątkiem. Nie mogę się już doczekać chwili, kiedy wezmę ją w swoje ręce. 


Opis wydawcy:
Gdy wieczorami patrzysz w niebo, widzisz tylko tajemniczą i niepokojącą przestrzeń. Granatowa otchłań przetykana mrugającymi gwiazdami stanowi zagadkę, nad którą pewnie się zastanawiasz. Jednak naukowy język, którym zwykle opisuje się Wszechświat, sprawia, że zamiast zgłębiać teorię Wielkiego Wybuchu, czujesz, że zaraz wybuchnie ci głowa. Właśnie dlatego musisz przeczytać tę książkę. Christophe Galfard, uczeń samego Stephena Hawkinga, zabierze cię na niezwykłą wyprawę 10 milionów lat świetlnych od Ziemi, pokaże powierzchnię gasnącej gwiazdy lub zmniejszy cię do rozmiarów atomu. Dzięki sile wyobraźni, bez trudnych definicji i skomplikowanych obliczeń odkryjesz prawdziwe piękno Wszechświata.

Międzynarodowy bestseller. Nr 1 w Szwecji i Hiszpanii.

„Najpiękniejsza podróż, w jaką kiedykolwiek się udasz”.
„Elle”

„Galfard przemienia naukę w hollywoodzką historię”.
„Livres Hebdo”

„Kosmos będzie twoim nowym centrum rozrywki”.
„Lire”

Wydawnictwo:Otwarte
Data premiery: 13.09.2017

 

Aleksandra Boćkowska – Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL

Kiedy Wydawnictwo Czarne zapowiedziało tę książkę na swoim fanpage’u na Facebooku, niemal zaklaskałam w dłonie z radości. A ponieważ Czarne to w zasadzie gwarancja jakości, więc nawet nie obawiam się, czy będzie warto. Na pewno będzie.

 

Opis wydawcy: W kraju, w którym ludzie gnieździli się z maleńkich mieszkaniach, a z roku na rok półki sklepowe robiły się coraz bardziej puste, słowo „luksus” nabrało specyficznego znaczenia. Ale nawet ten luksus nie był dla wszystkich. Bo był to także kraj równych i równiejszych. Sprytnych i sprytniejszych.
Aleksandra Boćkowska tropiła niczym detektyw, podążała śladem tego, co w PRL-u uchodziło za luksusowe. Szukała kontaktów. „Luksus w PRL to jest bardzo smutna opowieść” – mówili jedni, a drudzy dorzucali: „Luksus w PRL? To brzmi jak ironia”.
Bo z luksusem w PRL jest trochę jak z przynależnością do partii: wszyscy kogoś znali, ale sami nie mieli nic wspólnego.
Dziesiątki rozmów – z marynarzami i ich rodzinami, dyrektorami i bywalcami hoteli, prywaciarzami, sekretarzami partii, słowem, ludźmi, którzy jeśli nie mieli, to przynajmniej mogli więcej – pozwoliły przybliżyć definicję ówczesnego luksusu. Nie tylko materialnego. Luksusem mogła być polędwica, szwedzkie gwoździe albo dżinsy – kupowane w peweksie za dolary zdobywane na czarnym rynku. Albo telefon – na doprowadzenie linii czekało się latami. Zegarki, wille, zachodnie samochody – oczywiście. Ale także wolność i poczucie bezpieczeństwa.
Z rozmów, lektur i podróży po całej Polsce powstał pasjonujący reportaż o tym, o czym kiedyś większość Polaków mogła tylko pomarzyć. I fascynująca historia bardzo ważnej części życia Polaków przed ’89 rokiem.

Wydawnictwo: Czarne
Data premiery: 27.09.2017

 

Tyle na początek, choć to oczywiście nie wszystkie lektury, o których warto wspomnieć. Wrzesień obfitować będzie w naprawdę mnóstwo książek, które będę musiała wziąć pod uwagę, nawet jeśli nie w trakcie zakupów, to na pewno w czasie jesiennych wizyt w bibliotece. A czy wy wiecie już, gdzie we wrześniu powędrują wasze pieniądze?