Andy Weir Marsjanin

Gdyby zostawiono mnie samą na Marsie, nie byłabym specjalnie zadowolona. Właściwie, mówiąc szczerze, narobiłabym na miętowo po same pachy i wpadła w panikę, a potem najpewniej postradała rozum. Ale ja to ja. Mark Watney będąc w takiej sytuacji zareagował zupełnie inaczej…


Na Czerwonej Planecie został chłopina sam jak palec. Samiuteńki. Jego załoga, myśląc, że zginął, odleciała w kierunku Ziemi i tyle ich Mark widział. Całe szczęście, że miał całkiem sprawny mózg i szybko zaczął rozkminiać położenie, w jakim się znalazł. Cel był jeden – miał przeżyć najdłużej jak się dało i czekać na ratunek. W takiej sytuacji ludzie nie ogarniający matematyki, fizyki i chemii nie mają najmniejszych szans. Serio. Ja usiadłabym i zaczęła płakać, on wziął się do roboty i nawet ziemniaki posadził, nawożąc je obficie tym, co wyprodukował. Kupą no. Nazywajmy rzeczy po imieniu, nic co ludzkie… i tak dalej. Wziął się chłop z życiem za bary, ruszył szarymi komórkami, wspomógł się siłą mięśni i zaczął realizować swój plan. 
I choć to wszystko brzmi jak całkiem przerażająca historia, to co Andy Weir zrobił z postacią Watneya, jest absolutnie mistrzowskie. Stworzył sobie bowiem bohatera, który jednego dnia mówi coś w stylu: Jezu, mam przesrane, spieprzyłem sprawę, więc zabraknie mi tlenu i umrę, a kolejnego informuje, że spoko, jednak nie umrę, wymyśliłem, co należy zrobić. I ja, czytelnik, heheszkuję sobie pod nosem, bo niby sprawa jest poważna, ale gość bierze wszystko na klatę i jeszcze robi sobie jaja. To piękne i czyta się z największą przyjemnością. Co zaskakuje, to fakt, że choć Weir w swojej książce operuje często słownictwem z gatunku tych, które rozumieją tylko prawdziwi mózgowcy (czyli na pewno nie ja), nie poczułam się zagubiona i nie rzuciłam książką o ścianę, uciekając w popłochu i z krzykiem. Było to dla mnie najzupełniej naturalne, w końcu fabuła sama narzuca tu pewien konkretny rodzaj słownictwa – każde inne byłoby niewiarygodne i sztuczne. Tak, wiem, znowu truizmy z mojej strony, tak bywa. Marsjanin jest fenomenalny, po prostu, nie mam nic do dodania. Jeśli film Ridleta Scotta wyjdzie choć w połowie tak dobry jak książka, będzie hit.
Tytuł oryginału: The Martian
Ilość stron: 384
Wydawnictwo: Akurat

Ocena (1-10): 8 – rewelacyjna
   

Dodaj komentarz