Boję się!

Rodzajów strachu jest tak wiele, jak rodzajów makaronu. 
Jest taki, że haha, śmichy-chichy, duchy? Jakie duchy!, w grupie niczego się nie boisz, ale do łazienki po ciemku przemykasz jakoś tak niepewnie. 
Jest taki, że gdy idziesz pustymi ulicami późno w nocy, to się boisz, bo kosa w plecy to jednak kiepskie zakończenie wieczoru. 
Jest też taki, najgorszy z najgorszych, który zamraża serce i podcina nogi, a w gardle rośnie kula i żołądek zawiązuje się w supeł. 

Pierwszy biorę w ciemno, bo lubię się bać troszeczkę i kontrolowanie, ale faktem jest, że mój poziom strachu znajduje się na żałośnie niskim poziomie. Nie trzeba mi wiele, by zareagować tak, jak życzyłby sobie twórca mniej lub bardziej mrożącego krew w żyłach dzieła. Jestem jak przedszkolak obawiający się ciemności.

Przeraża mnie Stephen King. Przeraża mnie również Tess Gerritsen. Oboje inaczej, a jednak boję się i jego, i jej, i jeszcze wielu innych. Nie próbuję nawet zachowywać pozorów, bo wewnątrz mnie niemal od zawsze tkwi nie znikające: „a co, jeśli?”.

A co, jeśli duchy istnieją?
A co, jeśli wiele światowych spisków to prawda?
A co, jeśli opętania to nie fikcja?
A co, jeśli na świecie istnieją rzeczy niewytłumaczalne?

Nazwijcie mnie durną, zaściankową, zacofaną i zidiociałą, śmiało, wezmę to na klatę.
I choć pewnie bardziej komfortowo żyłoby mi się z myślą, że wszystkie z wymienionych powyżej to wierutne bzdury, ta mniej racjonalna część mnie woli żyć ze świadomością, że „może jednak?”. Jest w tym coś niezwykle ekscytującego, mimo że czasami na własne życzenie boję się jak skurczybyk.

Dodaj komentarz