Bye bye 2014, czyli o książkach, Instagramie, odchudzaniu i Buddzie

Umilałam sobie w tym roku życie, bo niby czemu nie? I to wcale nie jest tak, że tylko czytałam. Przede wszystkim pilnowałam, żeby Budda nie obrócił w pył wszystkiego, czego postanowił dotknąć, a wierzcie mi, jest to zadanie szalenie wyczerpujące. Nie udało mi się uchronić Dumy i uprzedzenia przed jego szybkimi rączkami, zatem… spoczywaj w pokoju, tytułowa strono książki.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Agnieszka B. (@zielona_cytryna)

W ubiegłym roku o tej porze, mój syn był raczkującym pulpetem, teraz zaś przypomina tsunami i tornado kategorii F5 w jednym… i wciąż jest trochę pulpetem. Pulpeciątkiem. Pulpeciczkiem, trololo, beka z mamuś na forach, ifjunołłotajmin. Fajny jest szalenie, w końcu to owoc żywota mojego, ale bycie fajnym nie przeszkadza mu być jednocześnie piekielnie absorbującym i wszędobylskim. Czyli wiecie, od momentu w którym otworzy oczy, aż do 22 (z małą przerwą na popołudniowe kimono) należy mieć przy nim oczy dookoła głowy, a w uszach zatyczki. Głośny jest jak diabli. Wiem już, co mają na myśli rodzice mówiący, że ich dzieci są wspaniałe, gdy śpią i nie wołają o papu. Budda na przykład je szyszki.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Agnieszka B. (@zielona_cytryna)

2014 rok upłynął mi pod znakiem gubienia baleronu. Znaczy że, mówiąc po ludzku, odchudzałam się. Rok zamykam mając o 16 kg tłuszczu (przed Świętami było -17 kg, ale sami wiecie…) niż w lutym, bo wtedy zaczęłam. Jest cacy!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Agnieszka B. (@zielona_cytryna)

Nogi mam wprawdzie do poprawki i trzeba je wyświczyć, ale nie mogę narzekać. Jeśli człowiek wchodził w dorosłość mając ponad setkę na liczniku, potem bierze, co może i nawet okiem nie mrugnie. I tak ważę mniej, niż kiedykolwiek przedtem w dorosłym życiu. 67 kg ważyłam ostatnio w podstawówce i byłam przy tym zdecydowanie niższa. Dumna jestem z siebie jak diabli, więc tak, to jest dobry czas na składanie mi gratulacji 🙂
Czytelniczo mój rok wyglądał naprawdę fantastycznie. Zrealizowałam, z lekką górką, założenie przeczytania stu książek – przeczytałam 104. Sto piąta w trakcie. Gorzej było z klasyką, która wciąż u mnie leży i kwiczy, choć na początku roku deklarowałam coś zupełnie innego, więc nawet tego nie skomentuję, okej? Spuśćmy na to zasłonę milczenia i nie wracajmy do tego nigdy więcej. Do najlepszych książek tego roku (pomijam Austen i Martina, bo to oczywiste) zaliczam: 

A jak wyglądają moje plany na 2015?
Primo: zamierzam znaleźć pracę na etacie, bo mój żywot jako freelancera jest bardzo uciążliwy finansowo.
Secundo: utrzymam wagę niższą, niż 70 kg.
Tertio: przeczytam przynajmniej 100 książek..
Quatro: będę więcej pisać, nie tylko o książkach.

A teraz wybaczcie, sernik mi się przypala, więc spieprzam. Sylwester z Tefałenem, kumacie 🙂

Dodaj komentarz