Charlie LeDuff – Detroit. Sekcja zwłok Ameryki

Są takie książki, o których już od samego początku myśli się: na pewno ją przeczytam. Może nie dziś, może nie jutro, ale przeczytam. Muszę! Taką właśnie książką była dla mnie Detroit. Sekcja zwłok Ameryki Charliego LeDuffa. Była moją miłością od pierwszego wejrzenia…

Niestety, zawsze istnieje ryzyko, że miłość od pierwszego wejrzenia może skończyć się równie szybko, jak się zaczęła. Tak było i w tym przypadku i tylko ja wiem, jak duże rozczarowanie przeżyłam, gdy zaczęłam ją czytać.
Czy jest zła? W żadnym razie. Ale moje odczucia względem niej mogę porównać do ekscytacji siedmiolatka przed swoim przyjęciem urodzinowym, na którym zamiast dwudziestu osób zjawiło się dziesięć, bo całą resztę rozłożyła grypa. Lepsze to niż nic, ale to i tak nie to, o co chodziło.
Cała moja przygoda z tą książką to plątanina najróżniejszych uczuć. Był zachwyt nad fantastycznym stylem autora, było niedowierzanie, gdy uświadomiłam sobie, w jak trudnej sytuacji znalazło się Detroit i mieszkający w nim ludzie, i było też rozbawienie, gdy LeDuff totalnie beznadziejne sytuacje kwitował absurdalnie wręcz śmiesznymi uwagami.
Największy, lecz bardzo subiektywny minus tej książki to dla mnie nadmiar kwestii politycznych. Choć mają one oczywiście niezwykle istotny wpływ na historię miasta-bankruta (trudno, żeby nie…), to jednak zdecydowanie bardziej wolałabym wczuć się w sytuację zwykłych ludzi, o których w moim odczuciu LeDuff napisał zdecydowanie za mało. To o nich, nie o politykach, chciałam czytać. Wyszło, jak wyszło, szkoda. 
Tytuł oryginału: Detroit. An American Autopsy
Liczba stron: 296
Wydawnictwo: Czarne
Ocena (1-10): 5 – przeciętna

Dodaj komentarz