Christina Baker-Kline – Sieroce pociągi

Uwierzycie, że o Sierocych pociągach myślę już od dwóch tygodni? Wciąż mam w głowie wiele wzruszających scen. Na przykład tę:

Kobieta pachnie różami, jak bujne białe kwiaty wzdłuż alejki przed domem mojej babci. Kosteczki ma delikatne jak ptak. Kładzie dłoń na plecach Carmine’a, a ten wczepia się we mnie jeszcze mocniej.
– Wszystko dobrze… – zaczynam, ale słowa więzną mi w gardle.
– Ne, ne, ne – woła Carmine.
Mam wrażenie, że zaraz zemdleję.
– Będzie pani potrzebowała dziewczyny do pomocy przy małym? – rzucam. – Mogłabym… – Myślę intensywnie, próbując sobie przypomnieć, w czym jestem dobra – reperować ubrania. I gotować.
Kobieta posyła mi spojrzenie pełne litości.
– Och, dziecko – mówi. – Przykro mi. Nie stać nas na utrzymanie dla was dwojga. Przyszliśmy tutaj po jedno dziecko. Na pewno znajdziesz… – Jej głos zamiera. – Chcemy, by niemowlę dopełniło naszą rodzinę.
Powstrzymuję łzy. Carmine wyczuwa, że coś ze mną nie tak, i zaczyna kwilić. 
– Musisz iść do swojej nowej mamy – mówię do niego i odklejam go od siebie. (str. 91-92) 

Rzadko zdarza się, bym płakała w trakcie czytania książek. Zwykle musi wydarzyć się czyjaś mniej lub bardziej spektakularna śmierć (o ile w ogóle czuję sympatię dla umierającego, to oczywiste), ale w zasadzie wzrusza mnie niewiele więcej. Bywa jednak tak, że mnie autor swoimi słowami dźgnie, a mnie wtedy o, proszę, oczy się pocą i wiem, że już po mnie. Christina Baker-Kline zrobiła to. Dźgnęła mnie. A ja płakałam.

Sieroce pociągi to historia dwóch kobiet. Młodsza z nich, Molly, po kradzieży bibliotecznej książki wpada w niezłe kłopoty. Ma dwa wyjścia – może pójść do poprawczaka, lub popracować społecznie. Wybiera opcję numer dwa, co oznacza, że przez w ciągu najbliższych tygodni będzie pomagać w uporządkowaniu strychu leciwej Vivian, która to jest drugą bohaterką powieści. Obie powoli, krok po kroku poznają się nawzajem i szybko wychodzi na jaw, że mają ze sobą wiele wspólnego. Vivian snuje swoją przejmującą opowieść, a Molly postanawia zrobić wszystko, by pomóc starszej pani.

Warto wspomnieć, że jeśli chodzi o tytułowe sieroce pociągi, one istniały naprawdę. W początkach ubiegłego stulecia bezdomne i osierocone dzieci były nimi wywożone ze wschodniego wybrzeża Stanów i trafiały do rodzin zastępczych zamieszkujących wiejskie tereny środkowego Zachodu. W wyniku akcji, jak wyczytałam na Wiki, przesiedlono aż ćwierć miliona dzieci. Czy wy to w ogóle rozumiecie? Mnie się taka liczba absolutnie nie mieści w głowie. ĆWIERĆ MILIONA smutnych i samotnych dzieci. Cytując Wikipedię: Transport przybywał do małego miasteczka, a lokalne władze zwoływały mieszkańców zainteresowanych przejęciem opieki nad dziećmi. Dzieci wprowadzano na podest, żeby było je można obejrzeć. Często śpiewały i tańczyły, aby wzbudzić zainteresowanie. Czasem mieszkańcy obmacywali im mięśnie i sprawdzali uzębienie, potem zabierali je do domów. Rodzeństwa były rozdzielane, bo najczęściej brano po jednym dziecku. Niektóre dzieci stawały się zwykłymi służącymi, inne adoptowano, oficjalnie lub nieoficjalnie, jako członka rodziny. Wiecie już, dlaczego zalewałam się łzami?

źródło: fgsconference.org

Książka jest wspaniała, choć mam świadomość, że to wyznanie w pewien sposób zgrzyta z tym, o czym napisałam przed chwilą. Baker-Kline niesamowicie wykreowała postać Vivian, ale jej losów nie uczyniła łatwymi. Głód, ból i cierpienie były codziennością przez wiele lat jej dzieciństwa. Natomiast Molly, zepchnięta w toku akcji gdzieś na dalszy plan, mocno imponuje wzrastającym poziomem empatii. Sieroce pociągi wzruszyły mnie tak, jak nie udało się to chociażby słynnym Gwiazd naszych wina (nie uroniłam ani pół łzy!). Absolutnie nie dziwię się, że ta powieść wzbudziła takie zainteresowanie. Jest niesamowita.

Tytuł oryginału: Orphan Train
Ilość stron: 372
Wydawnictwo: Czarna Owca

Ocena (1-10): 7 – bardzo dobra

Dodaj komentarz