Co dobrego zrobiłeś dziś dla siebie?

źródło

Wariuję, szaleję, niecierpliwię się, złoszczę i wpadam w furię. Jeśli w ciągu dnia nie uda mi się wydrzeć choćby chwili dla siebie i jeśli nie mogę zrobić nic dla własnej przyjemności, nie podchodź do mnie bez sękatego kija.
Robienie sobie dobrze to gwarancja zdrowia psychicznego. Nie ma tu znaczenia, czy chodzi o  pięćdziesiąt minut z nowym odcinkiem oglądanego z wypiekami na policzkach serialu, kawałek jedzonego ze smakiem drożdżowego ciasta, przesłuchanie ulubionej płyty i popijanie gorącej herbaty z cytryną czy dziesięć kilometrów wieczornej przebieżki. Robienie czegokolwiek wyłącznie dla własnej przyjemności (o ile nie zamierzasz robić rzeczy, za które Kodeks karny przewiduje nagrody, ale to chyba zrozumiałe?) to cholernie ważna sprawa. 

Człowiek bez radości marnieje i to jest fakt, nie ma tu żadnej ściemy, to po prostu niezaprzeczalna i oczywista prawda. Człowiek nie umiejący odnaleźć frajdy w małych rzeczach, nie potrafiący wygospodarować sobie malutkiego wycinka czasu tylko dla siebie, usycha. Pal licho, że brzmi to jak żywcem wyjęte z Coelho. Ludzie, nie czujecie tego? Nie męczy was, jeśli nie macie nawet chwili na głębszy oddech? Gdybym nie umiała cieszyć się bzdurami, oszalałabym, i słowo daję, przyjechaliby po mnie panowie z twarzowym kaftanem skrojonym na miarę.
Powiesz: łatwo ci mówić. Łatwo? Bynajmniej. 
Sporo było w moim dorosłym życiu zdarzeń, które kogoś innego złamałyby i załamały kompletnie. I nie, to nie szpan na życiowe doświadczenia, to stwierdzenie faktu. Budziłam się rano ze świadomością, że jest do dupy, a przede mną kolejny gówniany dzień. Ta gigantyczna gula, która rosła wtedy w moim gardle, przeszkadzała mi jak diabli. I właśnie wtedy, w tym gównianym czasie, ktoś zadał mi cholernie mądre pytanie:
Czy to, że się martwisz, cokolwiek zmieni? 
Gdy odpowiedziałam sobie na nie, poczułam, jakbym odkryła tajemnicę Wszechświata. O Jezu, nie! To, że się martwię, nie zmieni niczego. Nie zmieni toku wydarzeń i nie sprawi, że problemy znikną. Martwienie się sprawia tylko, że czuję się podle i wyglądam podle, co czyni sytuację dwa razy gorszą, bo strapiona gęba nikomu nie dodaje uroku. A martwienie na zapas… o tak, to dopiero jazda. 
I kiedy do tego wszystkiego doszłam, i kiedy to wszystko wbiłam sobie do łba, mocno przyklepując, by nie odleciało, zaczęłam czerpać radość z tego, co ofiaruje mi dzień. Znów Coelho? Trochę tak, ale naprawdę staram się żyć w ten sposób. Ania z Zielonego Wzgórza powiedziała, oczekiwanie na coś miłego to niemal połowa przyjemności. Miała rację, bo dobrze mieć coś, na co się czeka. Dobrze wiedzieć, że nawet najbardziej gówniany dzień będzie mieć przyjemne zakończenie, stąd na przykład trwający już od kilku lat wieczorny, serialowy rytuał (dzisiaj ciasto drożdżowe z waniliową kruszonką i Under the dome!!!111oneone). Nauczyłam się cieszyć z rzeczy, które nikomu nie przyszłyby do głowy jako źródło radości. Przykład? Znaleziony w sklepie nowy, pyszny gatunek sera. Utwór, którego jeszcze nie słyszałam, podesłany przez brata. Kolejna książka na półce. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Dla ciebie nic nadzwyczajnego, dla mnie dobry humor na cały dzień. Polecam ten styl życia. 

Dodaj komentarz