Co się dzieje, gdy po kilku latach nieobecności odwiedzasz rodzinne miasto?

Dzieje się wiele ciekawych rzeczy. 
Po pierwsze: mijani na klatce schodowej sąsiedzi przyglądają mi się podejrzliwie. Kim do cholery jest ta dziewczyna, która mi się kłania? – tak sobie myślą. Nie ściemniam. Jedna sąsiadka poszła do drugiej zapytać, kim ja właściwie jestem, bo rozmawiam z nią, jakbym ją znała. Przyznała mi się dzień później, że zwyczajnie mnie nie poznała, ponieważ…
Po drugie: jeśli przytyjesz w trakcie wieloletniej nieobecności, nikt ci nic nie powie, bo grubemu uwagi zwrócić raczej nie wypada. Ale jeśli schudniesz (a sąsiedzi mogą nie pamiętać, że stało się to jeszcze przed przeprowadzką), na mur beton ktoś zapyta, czy w ogóle coś jesz. Jadźka już kiedyś fajnie o tym napisała. Tak więc już pięć razy zapytano, czy coś jem i czy na pewno się nie głodzę, co jest w sumie męczące i trochę przykre, ale kiedy jedna z sąsiadek wykrzyknęła na mój widok, że dziewczyno, jak ty świetnie wyglądasz!, wyszczerzyłam się jak głupi do sera. Czyli że źle nie jest. 
 
Po trzecie: znów jestem trochę dzieckiem. Do Gdańska wyjechałam będąc dziewczyną, której nie obchodzą rachunki do zapłacenia i która nie musi martwić się o to, co zje na obiad, bo obiad gotuje mama. To się oczywiście zmieniło, bo teraz to ja jestem mamą, która gotuje, i to ja dbam o przelewy, żeby był prąd, internety i kablówka. A tu nagle bach! Przyjeżdżam do rodziców i nagle znów czuję się jak mała dziewczynka, której pod nos podstawia się na kolację talerz z kanapkami i dolewa ciepłej herbaty, żeby się w brzuszku papu ułożyło jak należy. To miłe, ale zdecydowanie rozleniwia. Nie wiem, kto mi będzie robił kanapki, gdy wrócimy z Mateuszem do Gdańska. Przecież nie chłop.
Po czwarte: miejsca, które kiedyś kochałam, teraz odbieram zupełnie inaczej. O tym, że Gdańsk pokochałam od pierwszego spojrzenia, mówiłam wielokrotnie. Gdańsk jest cudowny. Tętniący życiem i spokojny zarazem, kocham go, jakby był osobą. I moje rodzinne miasto wypada niestety w tym porównaniu trochę blado. Jasne, gdy jestem w Gdańsku, czasami tęsknię. Bywa, że myślę. Tylko że te wszystkie miłe skojarzenia to tylko wspomnienia upiększone przez upływający czas, kojarzące się z tym, co było. Jak na przykład ta droga do szkoły, którą pokonywałam jako licealistka i która przez ostatnie lata kojarzyła mi się tak mile, teraz, gdy szłam nią z własnym dzieckiem, była już czymś zupełnie innym. 
Po piąte: o czytaniu zapomnij. Myślałam, że poczytam, a z serialami będę na bieżąco. Chłopu przykazałam, żeby w trakcie naszej nieobecności regularnie oglądał to, co zwykliśmy oglądać razem, żeby zaległości nie. Książki miałam też czytać. I na blogu pisać chciałam. Mhm. Jasne. Jak nie rodzina (bo mojego potomska nigdy przecież na żywo nie widzieli), to znajomi (bo przecież dawno nigdzie nie wychodziliśmy). Jak nie znajomi, to rodzina. Jak nie jedno, i nie drugie, to mama na zakupy wyciąga. Albo z Mateuszem do parku idę, bo słońce. W parku zaś plac zabaw taki, że szaleństwo, a gdy huśtawki wolne, to ja nic, tylko bujam. Odpoczywam więc bez odpoczywania, czytam na raty, oglądam… właściwie nie oglądam. Za to jem. I ciamkając pytam: często odwiedzacie swoje rodzinne miasto?

Dodaj komentarz