Dlaczego nie piszę o złych książkach?

Mówi się, że głupi ma zawsze szczęście. Może więc jestem głupia. Albo to po prostu moja intuicja. Nie, że głupia, tylko że taka dobra i niezawodna. Bo naprawdę, ale to naprawdę rzadko trafiam na książki ZŁE. 
Gdyby tak komuś przyszło do głowy, żeby Zieloną Cytrynę prześledzić sobie od A do Z i zerknąć na listę przeczytanych przeze mnie w ciągu ostatnich lat książek, mógłby pomyśleć, że:
  • być może mam tak mało wysublimowany literacki gust, że podoba mi się wszystko, co przeczytam;
  • być może poczuwam się do odpowiedzialności, by w ramach wdzięczności tworzyć peany pochwalne wszystkich książek, jakie otrzymuję od wydawnictw, nawet jeśli wcale mi się one nie podobają;
  • być może… po prostu nie piszę o złych książkach. 

Mój wolny czas jest rzeczą bardzo dla mnie cenną. Cholernie cenną, zważywszy na to, jak mało go mam. Nie lubię również na własne życzenie utrudniać sobie życia. Są tacy, co lubią. Niech sobie lubią, ich wybór, nie? Szkoda mi każdej minuty, jaką miałabym przeznaczyć na coś, co ani mi się nie podoba, ani specjalnie nie rusza, ani nie uważam tego za rzecz mającą zmienić w moim życiu cokolwiek. Naprawdę wolę sobie ułatwiać, nie jest więc niczym nadzwyczajnym, że były i będą w moim życiu książki nie doczytane przeze mnie do końca i rzucone w kąt z żalem i świadomością zmarnowanego na nie czasu.

Na szczęście (głupota czy intuicja?) naprawdę niezmiernie rzadko zdarza mi się trafić na książki, które mogłabym określić mianem złych, koszmarnych, beznadziejnych, gównianych, żenujących, okropnych, badziewnych, pożałowania godnych i słabych. Nawet jeśli trzymam w rękach coś całkiem przeciętnego – bo nie oszukujmy się, bywają książki ani złe, ani dobre, ot, zwyczajne „od biedy” czytadła – rzadko jest to coś, co mam ochotę natychmiast wyrzucić przez okno. Nie jest też tak, że rezygnuję z czytania wyłącznie tego, co uważam (lub o czym uważa się powszechnie) za złe. Zdarza się, że trafiam na książkę, która zwyczajnie od pierwszej strony mi nie leży, której nie rozumiem, której styl zupełnie do mnie nie trafia lub wzbudza moją irytację, lub która po prostu okazuje się być czymś innym, niż się spodziewałam, a ja wcale nie mam ochoty się z tym zaznajamiać. Nawet, gdy tą „niedoprzeczytalną” książką okazuje się być egzemplarz recenzencki od któregoś z wydawnictw (mam, chwała Bogu, niezłego nosa do wybierania sobie książek, bo na palcach jednej ręki mogę policzyć takie sytuacje), stawiam sprawę jasno. Nie jestem typem czytelnika masochisty, który prędzej padnie, niż odłoży na półkę rozpoczętą książkę, nawet gdyby miał przy tym wymiotować dalej, niż widzi, konać z nudów i modlić się do Boga (lub bogów) o jak najszybsze jej skończenie. Są tu i będą jednak wyjątki, jak od każdej reguły, ale jak już wspomniałam, w życiu, jeśli mogę, naprawdę wolę sobie ułatwiać. Bo niby dlaczego nie? 

Dodaj komentarz