Gillian Anderson – Nadchodzi ogień

Bywa, że udaję twardziela, ale tak naprawdę straszny ze mnie tchórz. Daruję sobie szczegóły, żeby zachować choć resztki godności, ale musicie wiedzieć, iż wystarczyło, żebym w książce Gillian Anderson przeczytała, że zwierzęta i dzieci nie bez powodu boją się ciemności. Koniec. Już było po mnie. 
źródło
I ja jestem matką, tak? I lada chwila zacznę tłumaczyć synowi, że potwory nie istnieją? Dobre sobie. Nie wiem, czy to kwestia pisarskich umiejętności tej świetnej aktorki, czy moja niska odporność na strachy, ale po plecach ciary pełzały mi raz czy dwa, albo nawet osiem. 
Ale do rzeczy.
Caitlin O’Hara jest główną bohaterką powieści, która na chleb i masło zarabia jako psycholog dziecięcy. Pewnego dnia (w każdej książce na świecie wszystko rozpoczyna się PEWNEGO DNIA, więc co niby innego mam napisać?) Caitlin zaczyna pracować z nastoletnią córką oenzetowskiego dyplomaty. Dziewczynę dopadają przerażające ataki, w trakcie których robi sobie krzywdę, wykonuje dziwaczne gesty i używa niezrozumiałego języka. Doktor O’Hara wykorzystuje całą swoją wiedzę, by pomóc dziewczynie, jednak na niewiele się to zdaje – przyczyna dziwnych zachowań nastolatki bardzo długo pozostaje nieodkryta. Ale krok po kroku… 
Czy było łał? Było i nie było jednocześnie, trudno powiedzieć. Na pewno nie jest to ten typ książki, która wgniata w podłogę i jeszcze na czytelnika na koniec spluwa, żeby nie było mu zbyt miło. Gdyby nie napisała jej Anderson, pewnie w ogóle nie przeszłoby mi przez myśl, żeby poświęcić jej swój czas. Ma swoje plusy, to fakt – w końcu to, że napędziła mi trochę stracha, jest plusem wystarczającym, by uznać ją za książkę przynajmniej przyzwoitą. Ale gdybym powiedziała, że urywa pośladki, bardzo mocno nagięłabym rzeczywistość. Po pośladkach ledwie smyra.
Tytuł oryginału: A vision of fire: A novel
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Ocena (1-10): 5 – przeciętna

Dodaj komentarz