Gra o Ferrin. Bla, bla, bla…

To było trochę tak, że gdzieś tam w głębi serca podejrzewałam, że może się na nią uwzięli. Że Katarzyna Michalak z tym jej nieszczęsnym Ferrinem została wzięta na tapet krytyków żądnych podeptać jej twórczość, BO TAK. Wiecie, na małą chwilę obudziły się we mnie ludzkie odruchy, zwłaszcza gdy przypomniałam sobie, jak entuzjastycznie przyjęłam Zmierzch, deptany przez wielu od samego początku.
Bo Zmierzchu wcale nie uważam za złą powieść. Przebijając się przez warstwę językową, do której faktyczne można mieć wiele zastrzeżeń, odkryłam całkiem przyjemną historię, której świetnie mi się słuchało (padło akurat na audiobook) i która oderwała moje myśli od jakichś tam negatywów przedostatniej sesji (1918-1945. Boże jedyny, czy ktoś mi się dziwi?). Właściwie nie było to wcale tak złe, jak mi przedstawiano. Pomyślałam sobie więc, że z tym Ferrinem będzie podobnie. No bo nie może być przecież tak, że jakiś wydawca ryzykuje wydanie książki, przy czytaniu której człowiekowi zgrzytają zęby i ma ochotę podrzeć ją na strzępy, ewentualnie użyć w toalecie, bo nie nadaje się do niczego innego. Jaka naiwna byłam! 
Gra o Ferrin jest po prostu zła. Zła, nudna, beznadziejna, żenująca, nielogiczna i zwyczajnie słaba. Użyty przez autorkę język pełen patosu budzi politowanie, kiedy człowiek po kilku stronach uświadamia sobie, że nikt tu sobie nie robi jaj, a wszystko jest bardzo na serio potraktowanym fantasy. Pisać w taki sposób TRZEBA UMIEĆ! A tu wygląda na to, że autorce pewnego dnia strzeliło do głowy, że a, napiszę se fantasy. I napisała. Wrzuciła do tego elfy, smoki, czary mary, Agnessę de Sade (DE SADE! Sic!) i wszystko, o czym zamarzyła (bo skoro to fantasy, można walić ile wlezie, nie?), nie zastanawiając się nad tym, że co za dużo, to niezdrowo, i masz babo Ferrin placek.
Fabuła skacze z miejsca na miejsce i ni stąd, ni zowąd urywa się, co krok pojawiają się w niej nowi bohaterowie i zanim czytelnik zrozumie, kto zacz, oni eee… albo giną, albo rozpływają się w niebycie. W chwili, kiedy piszę te słowa, znajduję się na 128 stronie książki i Bóg mi świadkiem, że nie mam zielonego pojęcia, o co w niej chodzi. 

Dalej jest na przykład tak:

I zamarła z zachwytu. Bo też widok zapierał dech w piersiach; przed nimi po horyzont ciągnęły się alderiańskie łąki falujące lekko w powiewach wiatru, utkane niczym ozdobny kobierzec kwiatami wszystkich barw i kształtów. Pasły się na nich stada koni, a ostatnie promienie zachodzących słońc rzucały na ich śnieżnobiałą sierść złote i purpurowe refleksy. Zwierzęta poruszały się powoli i majestatycznie w oceanie soczyście zielonych traw, a ujrzawszy trzy kobiety, podpłynęły ku barierce grodzącej padok niczym okręty przybijające do portu. (str. 133)

Czujecie to? Czy wy to czujecie? Patrzcie, umiem podobnie.

Na kamiennych, wilgotnych niczym wnętrze wielorybiego żołądka ścianach tańczyły płomienie palących się nieopodal świec. Złowróżbne cienie zdawały się pełznąć wprost do drżącego w przestrachu serca dziewczyny leżącej na podłodze tej ciasnej, chłodnej celi. Dudniąca w uszach cisza zdawała się być zapowiedzią czegoś strasznego.

Czy ktoś mnie wyda? Chciałabym zobaczyć swoje nazwisko na półce w Empiku. Nie? Szlag. Chociaż nie, powinnam napisać raczej: szlag!!! Potrójnych wykrzykników bowiem u Michalak dostatek. Jak mi Bóg miły, w żadnej czytanej dotychczas książce nie widziałam tylu wykrzykników. Na stu stronach naliczyłam ich siedemnaście. Pomijam już te pojedyncze. Nadzwyczaj często spotyka się również w Ferrinie wykrzyknik połączony z pytajnikiem. Pierwszych sto stron to czterdzieści dziewięć takich wykrzyczanych zapytań. W zasadzie wszyscy strasznie drą tu ryja i są szalenie egzaltowani. Zatrzymałam się na sto osiemdziesiątej czwartej stronie. Koniec. Nie czytam dalej. To nie na moje nerwy.

– Jesteś Leczącą, nosisz Znak – powtórzył z uporem.
– Co ty bredzisz, człowieku?! Jaki znak?!
– Dwa czarne węże. Znak Leczącej.
– Gdzie? – Oczy dziewczyny zogromniały.
– Na czole.
– Naprawdę? – Zrobiła zeza, próbując dojrzeć ów Znak, co było oczywiście niemożliwe. (str. 47)

Dodaj komentarz