Grubas insajd mi

W dorosłość przyszło mi wejść z okaleczoną złymi doświadczeniami psychiką. W dorosłość weszłam z przekonaniem, że niezależnie od tego, jak będę się starać, nikt nigdy nie uzna mnie za wartą czegokolwiek i atrakcyjną. Lata tłumionego za wszelką cenę poczucia niższości, odcisnęły się na mnie jak sumeryjskie pismo klinowe na glinianych tabliczkach. Chujowość do potęgi.

Znajdź niedźwiedzia / 01.2008

Przez wszystkie lata mojej edukacji, razem z wiedzą na temat świata, aksonami i dendrytami, prekambrem, powstaniem styczniowym i trygonometrią, wbijałam sobie do głowy, że to, jak wyglądam, jest nieistotne. Że moje ciało to tylko opakowanie, które skrywa to, co najważniejsze, a najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Oszukiwałam samą siebie twierdząc, że moja fizyczność niewiele znaczy, bo mentalnie jestem ponad nią. Kiedy jednak wewnętrznie dojrzałam do tego, by ośmielić się spojrzeć prawdzie w oczy i skonfrontować się z nią, okazało się, że nie będzie mi łatwo. Wprost przeciwnie. Że będzie mi trudno jak diabli, a prawda może odgryźć mi ucho jak Tyson, lub walnąć w pysk trudnym do zniesienia smrodem.

Wewnętrzny grubas wraca do mnie jak bumerang dość często. 

Gdy mijam niezwykle piękną kobietę. 
Gdy latem spaceruję po plaży i widzę, jak wiele różni mnie od innych dziewczyn. 
Gdy w przymierzalni okazuje się, że mierzona przeze mnie część garderoby jest za mała. Albo za duża, lecz to bez znaczenia, bo przewrotnie i tak jestem w stanie wytłumaczyć to sobie na miliard różnych sposobów. 

Siedemnastolatka!!! / 07.2005

Bywa, że staję na wadze i z mocno bijącym sercem czekam na cyferki, które albo zrobią mi dzień, albo go spieprzą doszczętnie. Jest tak, jakby wewnątrz mnie żyły dwie Agnieszki. Ta nowa, promienna i świeża, która jara się kosmicznie, że wygląda jak człowiek, nie płetwal błękitny, i ta druga, stara maleńka, wciąż wstydząca się przejść obok atrakcyjnej dziewczyny z długimi nogami, kształtną pupą i pięknymi piersiami. I choć zdrowy rozsądek, logika i lustro podpowiadają mi, że powinnam cieszyć się z tego, co mam, są dni, kiedy do głosu dochodzi pełna kompleksów zakorzeniona głęboko we mnie część, której chcę pozbyć się na dobre. Leczenie się z kompleksów nabytych w latach, kiedy człowiek najmocniej szuka akceptacji, to proces żmudny, długotrwały i przyjemny jak leczenie kanałowe. Wbite do głowy przekonanie o własnej szpetocie nie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, czary mary i bęc, amba fatima, było i ni ma. Podszeptuje podstępnie i czeka na Dzień Po Serniku, nie daj Boże połączony z zespołem napięcia przedmiesiączkowego. Wtedy, szmaciarz wredny, atakuje. Ale powoli pozbywam się dziada, bo niby dlaczego mam nie wierzyć, że to, co najgorsze, już za mną? 
 

Dodaj komentarz

Privacy Preference Center

Necessary

Advertising

Analytics

Other