Holly Bourne – Przeznaczeni. Czyli o tym, czy książka dla nastolatków może być zła?

Mam swoje  guilty pleasures. Solone paluszki z Biedry, Nutella, cola light… i zdarza się, że od czasu do czasu na listę wciągam również książki dla nastolatków*. Nastolatek, powinnam uściślić, bo nigdy w życiu nie spotkałam nastoletniego chłopaka zaczytanego w powieściach podobnych do tej, o której zaraz szrajbnę słów parę. Ale od początku, bez zbędnego pitu pitu.
OTÓŻ. Jest sobie ona i on. Poppy i Noe. I tak, owszem, znamy to już z tryliardów innych książek i z własnego życia, jest big love, fajerwerki, ogromna żądza, nienasycenie i bielizna mająca ochotę uciec na podłogę, no standard. Ale – i to również dobrze znamy – pojawia się problem przez wielkie PE, a w Przeznaczonych problemem tym jest, że za każdym razem, gdy Poppy i Noe zbliżają się do siebie zbyt mocno, zagraża to istnieniu Ziemi. Innymi słowy, jeśli zdecydują się uprawiać seks, będzie buba, pyk i armageddon. Trochę kicha. 

 Ale to nie wszystko. Problemem jest również to, że ja mam problem z tą książką. Z tą, i z wszystkimi innymi książkami, których targetem są dziewczyny w wieku, że tak sobie strzelę, 13-19. Cóż, mam już dwa razy trzynaście, więc w zasadzie każdy z was mógłby powiedzieć: ej, starucho, weźże się za literaturę geriatryczną, hę? Tylko że ja mam to w nosie, bo gdzieś w głębi mnie wciąż tkwi ta młoda, nastoletnia Agnieszka, która namiętnie czytywała romanse dla nastolatek i czasami lubi przypomnieć sobie dawne czasy. Tu pojawia się wspomniany wcześniej problem. Ja naprawdę dostrzegam, że Przeznaczeni to nie książka wysokich lotów. Że jest napisana raczej słabo, że język bohaterów jest dość realny, młodzieżowy, i przez to drażniący, że bohaterowie bywają wkurzający, a ich zachowanie totalnie beznadziejne… ale znów: nie jestem targetem tej książki i to, co irytuje mnie jako czytelnika starszego, będzie kompletnie niedostrzegalne dla gimnazjalistki. Jestem szczera, kawa na ławę, karty na stół. To, że przeczytałam tę książkę, jest wynikiem faktu, że naprawdę miałam na to ochotę. Nie jestem rozczarowana, bo czytało mi się ją świetnie i oceniam ją wysoko pod względem samej historii i tego, że dostarczyła mi sporo przyjemności i „niemyślenia”. Gdybym miała porównać to do czegoś prosto z życia, najbliżej byłaby wątróbka z jabłkami. Wygląda fatalnie, niezjadliwie, niefotogenicznie i źle prezentuje się na Instagramie, ale jest pyszna tak, że omnomnom.  
* choć bliżej mi do trzydziestu niż dziewiętnastu!
Tytuł oryginału: Soulmates
Liczba stron: 325
Wydawnictwo: YA!

Ocena (1-10): 7 – bardzo dobra

Dodaj komentarz