Jak NIE PISAĆ powieści, czyli o tym, co stworzyłam jako piętnastolatka

Główna różnica między współczesnością a tym, co działo się jedenaście lat temu jest taka, że wtedy, gdy nastolatce przyszło na myśl, by zacząć pisać powieść, nie bardzo miała szansę na zaprezentowanie jej światu. Raczkujące internety i te sprawy, sami pewnie pamiętacie. I może to i dobrze, bo powiedzmy sobie szczerze, gdybym dziś była tą samą piętnastolatką, która wówczas uprawiała najwyższej próby grafomanię, z pewnością stałabym się obiektem drwin na blogach biorących sobie na cel radosną twórczość młodych i aspirujących eee… pisarzy.
Gdy byłam piętnastolatką, głowę miałam wypełnioną marzeniami o prawdziwej, nastoletniej miłości, a ciało obrośnięte tłuszczem. Drugie w żadnym razie nie sprzyjało pierwszemu, mogłam więc jedynie realizować się w pisaniu, wsadzając na karty własnej powieści osoby o cechach, które chciałam mieć. Bohaterowie historii, którą wówczas stworzyłam, nosili imiona postaci znanych mi z seriali (Asy z klasy) lub te, które zwyczajnie mi się podobały i byli podobni do tych, o których kochałam czytać w mojej ulubionej w tamtych czasach książkowej serii Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty. Całe moje książkowe przedsięwzięcie potraktowałam całkiem serio. Przez wiele dni studiowałam katalogi Neckermanna, chcąc wybrać idealne tło dla dziejących się w mojej powieści wydarzeń. Wypożyczyłam przewodniki i słowniki, oglądałam gazety, próbując odnaleźć inspirację nawet dla tak nieistotnych rzeczy, jak ubrania głównych bohaterów. Ze wszystkiego, co napisałam, byłam dumna jak diabli i pewnie cholernie zasmuciłabym się, gdyby komuś się to nie podobało. Koniec końców pisać jednak nie skończyłam, ale kartki z wydrukowanymi rozdziałami zachowałam. Całe szczęście, bo dzięki temu dziś możecie je przeczytać i śmiać się w głos, bo naprawdę jest z czego. Oto i on, pierwszy rozdział, oryginalny, przepisany bez najmniejszych zmian co do przecinka i kropki:

ROZDZIAŁ 1
– No i jak wyglądam? – spytała niepewnie moja najlepsza przyjaciółka Nicole Williams (Nicole…), wychylając się zza kotary przebieralni, gdzie przymierzała czarne bikini w białe kropeczki. Spojrzałam na nią z podziwem.
– No, moja droga, jeżeli w każdej rzeczy, którą dziś przymierzysz, będziesz wyglądała tak dobrze, to obawiam się, że w twoim portfelu nie zostanie nawet pół centa – roześmiałam się.
– Serio? Bo jak stanę bokiem, to mam taki odstający brzuch… (first world problems) – jęknęła.
– Tak jasne, a nad nami fruwają pingwiny – zażartowałam (ale suchar…). Nie masz ani pół centymetra odstającego brzucha. To przez to światło w przymierzalni. Uwierz mi, wyglądasz świetnie. Nawet się nie zastanawiaj i bierz to bikini.
– No dobra, zaufam ci. Ten jeden jedyny raz. Ale ostrzegam, jak u mnie w domu okaże się, że mam odstający brzuch, to rozkwaszę ci tę piękną twarzyczkę – pogroziła mi palcem (strach się bać).
– Nie ma sprawy. Ubieraj się, ja poczekam przed sklepem – wyszłam ze sklepu „Bathing Suit” (…) i usiadłam na ławeczce obok kawiarenki. Dzisiaj miałam fantastyczny humor, a to z takiego powodu, iż rodzice moi i Nicole postanowili, że wszyscy razem pojedziemy na wakacje na Wyspy Kanaryjskie. Mieliśmy wyjechać już pojutrze, więc dzisiaj wybrałam się z Nicole na zakupy, aby kupić parę ładnych, letnich ciuchów. Prawdę powiedziawszy, nasi rodzice planowali ten wyjazd już od kilku miesięcy i my dowiedzieliśmy się o nim dopiero w zeszłym tygodniu. My, to znaczy ja, Nicole, mój brat Scott i brat Nicole, Eric. Jeszcze nigdy nie byłam w Europie, więc byłam strasznie podniecona całym tym wyjazdem (łał, cóż za emocjonujące wprowadzenie!). Po chwili Nicole wyszła ze sklepu, więc mogłyśmy ruszyć w stronę innych butików. Mnie najbardziej zależało na tym, żeby znaleźć jakąś ładną sukienkę. Z reguły na takich wycieczkach są jakieś dyskoteki, czy coś w tym rodzaju (jakieś dyskoteki, czy coś w tym rodzaju… naprawdę czuć, że pisała to nołlajfowa piętnastolatka, która nigdy w życiu nie była na żadnej imprezie), więc chciałam kupić coś naprawdę szczególnego. Spytałam więc Nicole:
– Nicole, nie wiesz, gdzie tu jest jakiś butik z ładnymi sukienkami?
– Wiem. A o jaką sukienkę ci chodzi?
– No wiesz, żeby nadawała się na ten wyjazd. Chciałabym, żeby była trochę… czy ja wiem? – zamyśliłam się. Chciałam czegoś szałowego, w czym wyglądałabym naprawdę ładnie. W czym dałoby się poderwać jakiegoś przystojnego chłopaka (lol). Nicole najwyraźniej czytała w moich myślach.
– Wiem, czego ci potrzeba! Czegoś ekstrawaganckiego i seksownego. W czym mogłabyś olśnić wszystkich facetów! (lol2) I nawet wiem, gdzie możemy to znaleźć! – pociągnęła mnie mocno za rękę, a ja prawie się przewróciłam. Biegłyśmy jak głupie, przez całe centrum handlowe, a ludzie patrzyli na nas, jak na wariatki. Wreszcie stanęłyśmy przed jakimś nowym sklepem, w którym nigdy nie byłam. Weszłyśmy do niego i zaczęłam przeglądać sukienki wiszące na wieszakach.
– Brooke, spójrz, co sądzisz o tej? – Nicole zdjęła z wieszaka ładną, długą sukienkę w bordowym kolorze.
– Dosyć ładna, ale wiesz, ja wolałabym coś jaśniejszego. Jakiś błękit, róż, albo seledyn (o Jezu, naprawdę myślałam o tym w ten sposób?). Coś w tym stylu.
– Dobra, szukam dalej – moja przyjaciółka weszła w głąb sklepu. Po chwili przyniosła mi dwie sukienki i kazała je przymierzyć.
– Jesteś pewna? – spytałam z powątpiewaniem, patrząc na sukienki, które dzierżyła (DZIERŻYŁA! Która piętnastolatka używa tego słowa?) w ręce.
– Tak, jestem. Nie marudź, tylko właź do przymierzalni! To rozkaz!
– Tak, panie kapitanie! (suchar nr 2) – wyprostowałam się i zasalutowałam jej śmiejąc się. Wzięłam obie sukienki i weszłam do przymierzalni. Pierwsza była naprawdę bardzo ładna. Była w kolorze jasnego różu. Sukienka ta miała długość do ziemi i była dosyć zwiewna (opis jak ze słabej aukcji na Allegro, z tym że wtedy chyba nie wiedziałam jeszcze, co to takiego). Jednak nie czułam się w niej dobrze. Wyszłam z przymierzalni, aby pokazać się Nicole.
– Co o tym sądzisz? – spytałam.
– Nie podoba mi się – odrzekła marszcząc brwi. – A wiesz dlaczego? Dlatego, że wyglądasz w niej tylko dobrze. A musisz wyglądać szałowo. Rozumiesz?
– Mniej więcej – odpowiedziałam i zaszyłam się w przymierzalni i przymierzyłam kolejną sukienkę. Ta była biała i sięgała do połowy łydek. Miała cienkie ramiączka z naszytymi na nich małymi kwiatuszkami (O_o). Wydawało mi się, że wyglądam w niej lepiej, niż w tej różowej. Ponownie wyszłam zza kotary.
– Jak wy… –  nie dokończyłam, bo w tym momencie dostrzegłam na wieszaku za Nicole najpiękniejszą sukienkę, jaką kiedykolwiek widziałam. Miała kolor błękitu. Ale nie takiego zwykłego błękitu, tylko takiego, jaki ma bezchmurne niebo latem . Sukienka ta nie miała ramiączek. Wzięłam ją do przymierzalni i włożyłam na siebie. Dopiero teraz zauważyłam, że sukienka z lewej strony miała długość do połowy łydki i szła na ukos do samej ziemi (mhm. Dopiero teraz zauważyła tak istotny element kroju, ale jeszcze zanim zdjęła ją z wieszaka stwierdziła, że to najpiękniejsza sukienka jaką widziała. Gdzie tu logika?). Na piersiach był wszyty przylegający pas materiału. Przejrzałam się w lustrze. Czułam, że wreszcie znalazłam to, czego szukałam. Poczułam, jakby była uszyta specjalnie na mnie.
– Nicole? Jesteś tam? – spytałam zza kotary.
– Jestem, jestem. Wyłaź wreszcie. Chcę zobaczyć jak wyglądasz – usłyszałam zniecierpliwiony głos.
 – Dobra, ale ostrzegam, nawet jak ci się nie będzie podobać to i tak ją kupię.
– Dobra, dobra. Chodź już – wyszłam z przymierzalni.
– I jak? Może być?
– O kurczę… Brooke, wyglądasz… no nie wiem jak to określić. Wyglądasz odjazdowo! – wykrzyknęła.
– Serio? Podoba ci się? – spytałam niepewnie.
– Jeszcze się pytasz? Ta sukienka jest stworzona dla ciebie! Dziewczyno nie zastanawiaj się i bierz ją! – byłam naprawdę szczęśliwa, że nareszcie znalazłam fantastyczną sukienkę, w której ładnie wyglądałam. Sporo kosztowała, ale nie po to pół roku oszczędzałam, żeby teraz rezygnować z najpiękniejszej sukienki jaką kiedykolwiek miałam (ciekawe na co oszczędzała, skoro o wyjeździe dowiedziała się dopiero parę dni temu). Po wyjściu ze sklepu, chodziłyśmy jeszcze trochę po centrum handlowym, a potem poszłyśmy do pizzerii na pizzę (serio?). Zamówiłyśmy sobie pizzę chyba ze wszystkim, co było możliwe, oprócz mięsa i wędliny, gdyż Nicole była wegetarianką (i ja na to wpadłam?).
– Brooke, wiesz co? Żałuję, że na tej Teneryfie nie będzie nikogo znajomego. Nie będzie z kim się powygłupiać, ani…
– Przepraszam, nie dosłyszałam – przerwałam jej. – Jak to, nie będzie nikogo znajomego? A ja, a Scott? A twój własny brat Eric?
– Dobrze wiesz o co mi chodzi. Ile ja bym dała, żeby był tam David Thompson. Przynajmniej byłoby na co popatrzeć – westchnęła Nicole. David podobał jej się od pierwszego dnia, kiedy przekroczyłyśmy próg liceum. A David przyjaźnił się w Joshem Andrewsem, którego nie darzyłam zbytnią sympatią. Mimo, że był dobrym uczniem, od podstawówki robił mi głupie dowcipy (co ma jedno do drugiego?). Raz zapchał mi zamek od szkolnej szafki plasteliną, innym razem rozpuścił po szkole plotkę, że zakochałam się w Thomasie Powerze. Thomas miał pryszcze na całej twarzy oraz całoroczną alergię i po prostu nie dało się z nim rozmawiać przez jego wieczne pociąganie nosem (w 2003 roku nie znano w Stanach leków przeciwalergicznych?). Do tego cały czas śmierdziało od niego czosnkiem (nie mogłam tego napisać, nie wierzę. Czosnek PACHNIE!). Nie był to materiał na chłopaka. I gdy Thomas dowiedział się o tym żarcie, zaczął do mnie wydzwaniać i zostawiać mi w szafce miłosne liściki. To było szalenie denerwujące (i nazywa się stalking). Dopiero po dwóch miesiącach odczepił się ode mnie. Wcześniej dowcipy Josha nie były tak irytujące, ale od czasu incydentu z Thomasem Josh stał się dla mnie przegrany (auć, na pewno się przejął) i wzdrygałam się na myśl, że codziennie muszę go widywać w szkole. Za to David Thompson w przeciwieństwie do Josha był bardzo fajny i dobrze mi się z nim rozmawiało. Grał ojca Laurentego w przedstawieniu Romeo i Julia, gdzie ja grałam Julię i zawsze podczas prób mnie rozśmieszał. Ale David wszędzie bywał z Joshem, jak gdyby byli bliźniakami. Byłam pewna, że tym razem byłoby tak samo.
– Nie przejmuj się, Nicole – powiedziałam. – Gwarantuję ci, że na tej Teneryfie będzie tylu fantastycznych facetów, że nie będziesz myślała o Davidzie. Szybko poderwiesz jakiegoś przystojniaka. Mówię ci.
– Jasne. Już wszyscy biegną, żeby kłaniać mi się do stóp i mówić jaka to jestem piękna i seksowna. Przykro mi, ale nie jestem Charlize Theron.
– Ale jesteś Nicole Williams i mogę się z tobą założyć, że już po kilku dniach ujrzę cię, całującą się z jakimś facetem na plaży. (że jak? Naprawdę uważałam wtedy, że priorytetem dla szesnasto- albo siedemnastolatki jest całowanie się z jakimś gościem na plaży? Jezu…)
– Aha. Chciałabym w to wierzyć – mruknęła Nicole, patrząc gdzieś ponad moją głową. Nagle spłonęła rumieńcem i pochyliła głowę.
– Co się stało? – spytałam.
– Nie obracaj się. Właśnie Josh z Davidem tu weszli. Brooke, proszę, chodźmy stąd – wyszeptała. (what?! Najpierw prawie beczy, że na wakacjach nie będzie mogła być blisko kolesia, w którym się buja, a gdy widzi go w pizzerii, panikuje i chce zwiewać, gdzie pieprz rośnie. Łał…)
– Poczekaj, nie denerwuj się. Zaraz wyjdziemy, tylko zapłacę za pizzę – kelner podszedł do naszego stolika, a ja zapłaciłam mu. Nicole wyszła z restauracji prawie biegiem. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby zachowywała się tak przy jakimkolwiek chłopaku. Mogłam mieć tylko nadzieję, że na tej Teneryfie szybko poderwie jakiegoś fajnego chłopaka, inaczej szybko mogłaby oszaleć.

Czy naprawdę muszę to komentować?

Dodaj komentarz