Jak pisać o książkach?

Wpatruję się w ekran, a kursor w edytorze tekstu miga wyczekująco. Piszże! – zdaje się mówić, a mnie się to jego ponaglanie wcale nie podoba. 
Kolejna książka, kolejny tekst. Trochę klnę, ale tylko trochę, bo cała ta ekscytacja, która przychodzi wraz z cudowną lekturą, zanika, gdy należy ubrać ją w słowa. 
Ubieram więc. 
To naprawdę dobra książka. Nie, nie pasuje. To wyjątkowo dobra książka! – koniecznie z wykrzyknikiem. Chociaż… nie, jeszcze raz, bo z tego zdania wychodzi, że dobrych książek jest tak mało, że trafić na dobrą to jak szóstka w totka. Cholera! 

Książki są jak jedzenie i właśnie to porównanie najbardziej trafnie obrazuje moje podejście do sprawy. No bo spójrzmy na to ten sposób: owsianka jest smaczna, kanapka z rukolą, serem i pomidorem jest smaczna, makaron z owocami morza, zupa pomidorowa i gulasz wołowy z czerwonym winem również. Tak jak każde z tych dań jest pyszne, choć przyrządza się je z innych składników, tak każda książka, którą czytam z zachwytem, jest dobra na swój własny sposób. 
Ale że jak? Podoba Ci się Zmierzch i Nędznicy? Gdzie Zmierzchowi do Nędzników, tępa szprycho?
Ludzie to takie dziwaczne stworzenia, które wytwory kultury dzielą na gówniane, dobre i tzw. ambitne. Biorąc za przykład książki i to, o czym się mówi na mieście, gówniana będzie proza Michalak, dobra ta wychodząca spod pióra Glukhovsky’ego i Quicka, a do ambitnych bez żadnego „ale” wrzucamy Vonneguta albo Kerouaca. Tylko że to chyba nie do końca tak. Stare i mądre przysłowie mówi przecież:

Nie to ładne, co ładne, ale to, co się komu podoba
Wpatruję się w nie i czuję, że z jednej strony po coś przecież istnieją na świecie krytycy sztuki, filmu i literatury. Że przecież sama nie raz krzyczałam i krzyczeć będę: wyłącz to gówno!, choć znalazłaby się cała rzesza ludzi, którzy akurat TEGO za gówno nie uważają. Z drugiej zaś chciałabym, żeby każdy z nas miał prawo do podziwiania i doceniania tego, na co ma ochotę, bez konieczności wysłuchiwania teorii ZNAWCÓW, którzy autorytatywnie stwierdzą, że: ależ proszę pani, pani chyba raczy żartować. Czytuje pani Harlequiny? Nie ma pani pojęcia o tym, czym jest dobra literatura. A niechże czyta, jeśli lubi, na litość boską!

I ja tak sobie przed każdym nowym tekstem siedzę, i wpatruję się w ten kursor, i trochę mi już żyłka pulsuje, bo po raz osiemdziesiąty szósty napiszę, że ta książka, o której będzie dzisiaj, to ona jest NAPRAWDĘ, ale to NAPRAWDĘ świetna (tak, wiem, ta o której pisałam w ubiegłym tygodniu też była świetna, ale była świetna INACZEJ!), że jej autor ma doskonale pióro (tak, tamten też miał, ale INNE!) i że przeczytajcie ją koniecznie (tak, tamtą też, ale ta jest naprawdę INNA!).

Na nowe synonimy nie ma co liczyć, a książek przybywa, i przybywa, i przybywa, i wśród tych fantastycznych, które warto przeczytać, są właściwie wszystkie, w końcu dla każdego coś innego i każda potwora znajdzie swego amatora. Co więc pozostaje?   

To naprawdę dobra książka. Nie, nie pasuje. To wyjątkowo dobra książka! – koniecznie z wykrzyknikiem. Chociaż… Cholera!

Dodaj komentarz