Jest zima, to musi być zimno

Skoro jest zima, to musi być zimno, jak głosi klasyk. Klasyk klasykiem i niech sobie głosi co chce, ale ja się nie zgadzam, kategorycznie nie zgadzam na temperatury ujemne.

Gdy znad morza wieje tak, że łeb chce urwać, a pod pięć warstw odzieży wpycha się na bezczelnego mróz i gęsia skórka, to ja mówię NIE.
Gdy śnieg po trzech dniach robi się żółty od psich siuśków, a chwilę później podczas roztapiania zamienia się w szaro burą maziaję wciskając się do butów i sięgając do skarpet, to ja również mówię NIE. A śniegu jeszcze nawet nie było!
I jeszcze zima na dobre nie nadeszła, a ja już mam dosyć. Pan z tefałenu mówił pierwszego grudnia, że oto zima nadeszła meteorologiczna. Jest jedenasty, a na tę kalendarzową wciąż trzeba jeszcze poczekać, co oznacza, że najgorsze dopiero przed nami. PRZED NAMI! Jezusie w niebiesiech, wiosny, wiosny!
Ale żeby nie było, że jestem tak zupełnie na nie i że moim zdaniem zima zasługuje, żeby ją postawić przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym*. Grudzień w gruncie rzeczy jest całkiem spoko, bo Święta, sernik, prezenty, Kevin sam w domu i te sprawy. Ale tylko grudzień. Tylko! Wraz z wybiciem północy w Nowy Rok, zaczynam odliczać do wiosny. I w zasadzie w styczniu mam już inne myślenie. Takie, że październik sobie poszedł, listopad poszedł, grudzień też i teraz idzie ku dobremu. Wypieram sobie przy okazji z głowy fakt, że luty, obok listopada, to najbardziej gówniany miesiąc w roku. Idzie luty, podkuj buty. Stosuję więc mechanizm wyparcia, a w laptopie ustawiam tapetę z plażą, dziką plażą i morzem dookoła. 

Ja nie wiem, naprawdę nie wiem i nawet nie staram się zrozumieć, jak to jest, że są na świecie ludzie, którzy lubią, jak im tyłek przymarza. Ja, gdy tylko robi mi się zimno, mam sine usta, serce mi się potyka i dałabym sobie nawet nerkę odjąć, żeby się znaleźć na pustyni. Na przykład. Albo przynajmniej gdzieś, gdzie średnia temperatura w ciągu roku nie spada poniżej dwudziestu stopni. Lub dwudziestu pięciu, dla pewności. Zaczęłam nawet nosić czapkę, choć wyglądam w niej jak pół dupy zza ogołoconego z liści krzaka, czyli po prostu słabo. Rękawiczki też noszę, choć nie nosiłam lata całe. To już nie te lata, co w gimbazie, że się na dworze czapkę zdejmuje, gdy mama przez okno nie widzi. 
Więc zimo, może umówmy się, że w styczniu spadasz, okej?

* oczywiście wszyscy wiemy, że zasługuje, bo zima trwająca dłużej niż miesiąc to zbrodnia przeciwko ludzkości, słowo daję.

Dodaj komentarz