Katy Evans – Mine

„Real” Katy Evans rozgrzała mnie do czerwoności. „Mine”, druga część tej historii, również. No bo co tu dużo mówić – seksowny, czuły i piękny jak sam diabeł bokser może poruszyć czułą strunę każdej kobiety, a ja na samą myśl topiłam się jak masło na rozgrzanej patelni.

Żeby być całkiem szczerą – „Real” i „Mine” to jedne z tych książek, na które niektórzy czytelnicy spojrzą pogardliwie i skierują wzrok w inną stronę, a cała reszta utonie w zachwycie. A ponieważ w tym właśnie momencie czytacie moje słowa, możecie śmiało zakwalifikować mnie do tej drugiej grupy.

Krążę wokół tego tekstu i krążę, zastanawiając się, jak i z której strony go właściwie ugryźć, żeby nie popsuć komuś radości czytania jakimś okropnym spoilerem. Wszystko, co przychodzi mi do głowy, brzmi niebezpiecznie, ale nie podaruję sobie, wybaczcie. Kto się boi, ten może śmiało podarować sobie dalszą część niniejszej opinii. Bye, bye!

Zatem do dzieła: Brooke i Remy znów podróżują wspólnie – on ponownie staje na ringu, ona ponownie zostaje jego fizjoterapeutką. Do czasu, w którym Brooke zachodzi w ciążę, a ciąża okazuje się być zagrożona. I tu się zatrzymam, bo oto na wierzch wyłania się największa głupota tej skądinąd naprawdę fajnej książki. Otóż Brooke, mimo tego, że zgodnie z informacjami pojawiającymi się w książce, w pierwszym trymestrze jest zagrożona poronieniem (o czym mówi jej TRZECH niezależnych ginekologów!) i absolutnie NIE WOLNO jej uprawiać seksu, beztrosko oddaje się masturbacji, zabawiając się z Remingtonem w sekstelefon. Daleko mi do wiedzy ginekologa, ale zdrowy rozsądek i literatura podpowiadają, że jeśli kobieta jest w pierwszym trymestrze zagrożonej ciąży, krwawi i generalnie nie jest zbyt wesoło, ostatnią rzeczą, o której powinna w tym momencie myśleć, są skurcze pochwy i dna macicy wywoływane przez orgazm. Jeśli więc o ten fragment chodzi, jest kicha na maksa. Nie wiem, czy Evans w ogóle zdawała sobie z tego sprawę – jeśli nie, to kiepsko.

Nie wpływa to jednak na fakt, że „Mine”, tak samo jak „Real”, czyta się rewelacyjnie, na jednym wdechu i niecierpliwie. Historie miłości takiej jak ta, która połączyła Brooke i Remy’ego są po prostu cudne. Wyidelizowane, może banalne, może pasują bardziej do wchodzącej w dorosłość studentki niż dziewczyny, której blisko już do trzydziestki, ale i tak mam z nich olbrzymią frajdę. I cholernie mnie to cieszy.

Tytuł oryginału: Mine
Liczba stron: 450
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc

Ocena (1-10): 7/10 – bardzo dobra

  

Za książkę dziękuję Księgarni Internetowej BookMaster


Dodaj komentarz