Kristen Lippert-Martin – Tabula Rasa

Gdybym cofnęła się w czasie o dekadę i znów miała szesnaście lat, a na rynku wydawane byłyby takie książki dla młodzieży, jakie wydaje się dzisiaj, przenigdy nie chciałabym dorosnąć. To bardzo bolesna świadomość, że na pewne książki, które dobrze mi się czyta, bywam zwyczajnie za stara, a moje czepialstwo powodowane wiekiem nie pozwala mi cieszyć się z nich tak mocno, jak na to zasługują. 

Tabula Rasa Kristen Lippert-Martin to jedna z tych właśnie książek. Była jak jabłko – gdy już się wgryzłam, to trzeba zjeść do końca, od razu. Jabłko gdy odłożysz, to brązowieje. Tabula Rasa zaś, gdybym postawiła ją na półce… cóż, może by nie zbrązowiała, ale i tak nie skupiłabym się na niczym innym. Taki lajf, człowieku, pewnie znasz ten stan. Ale do rzeczy.
Sara żyje w zamknięciu. Niczego nie pamięta, wie jedynie, że w miejscu, w którym się znajduje, lekarze robią coś z jej głową i że proces ten prawdopodobnie nie przebiega tak, jak powinien. Gdy nadarza się okazja, by Sara zaryzykowała i spróbowała odzyskać wymazane wspomnienia, dziewczyna nie zastanawia się długo. W tym samym czasie na terenie ośrodka dochodzi do wielkiego bum, wpadają tam bowiem uzbrojeni po zęby najemnicy i robi się niebezpiecznie. Sara ucieka i… koniec, bez spoilerów. 
I teraz nadchodzi ten moment, w którym przyznaję się do moich ambiwalentnych odczuć względem Tabula Rasa. Z jednej strony do głosu dochodzi nastoletnia część mnie, która pochłonęła tę książkę w mgnieniu oka, jak wspomniane wcześniej jabłko. Nastoletnia ja mówi: łał, Tabula Rasa jest super! Czyli brokat i cekiny, niech gra muzyka i zabawa trwa. 
Zaś dwudziestosześcioletnia ja marszczy brwi i wkurza się, że powieść, którą można było uczynić bardziej dynamiczną i która aż prosi się o kontynuację, została tak spaprana. Spaprana, żeby nie powiedzieć gorzej. A mogło być idealnie! Mamy tu bohaterkę z wymazaną pamięcią, która ewidentnie zrobiła coś, za co teraz ponosi karę i którą można uwikłać w tryliard fantastycznych sytuacji. Natomiast sposób prowadzenia jej postaci przez autorkę sprawia, że przez 90% książki czujemy, że cała ta historia wygląda, jakbyśmy oglądali świat przez zaparowane okulary i dopiero na samym końcu ktoś nam podał chusteczkę i powiedział: weźże je wytrzyj, bo nic nie widzisz (durne porównanie, ale lepszego nie mam, od rana biegałam za dzieckiem, na litość boską!). Miałam silne poczucie niedostatku, równie nieprzyjemne jak kawa bez mleka.
Nie wiem więc, czy bardziej polecam, czy nie polecam. Zostawię Was z tym niedostatkiem, zupełnie jak mnie autorka tej książki.
Tytuł oryginału: Tabula Rasa
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: YA!

Ocena (1-10): 5 – przeciętna

Dodaj komentarz