Kto poślubi mojego syna? – w TVN. Prawda to, czy fikcja?

Poświęciłam się dla dobra sprawy, nowego posta oraz wiecznego uznania i chwały. Zrobiłam to. Obejrzałam pierwszy odcinek nowego TVN-owskiego programu Kto poślubi mojego syna? Moim pierwszym komentarzem było sformułowanie powszechnie uznawane za wulgarne. Drugim zaś jest ten, który właśnie czytacie. 

 Kiedy kilka lat temu na MTV mignęły mi urywki programów produkowanych przez tę stację, byłam przekonana, że nic gorszego nie zostanie już wymyślone, a powód był prozaiczny: wydawało mi się, że każdy, nawet największy idiotyzm ma swój szczyt. Niestety, nic bardziej mylnego. Einstein wszak popełnił był twierdzenie, że dwie rzeczy są nieograniczone: Wszechświat i ludzka głupota.

Z programami telewizyjnymi i reality shows jest tak, że ich oglądanie przypomina często wizytę w ZOO. Niby sporo tam ssaków do oglądania, jednak to wciąż inne gatunki. Tutaj jest podobnie. Niby patrzysz na ludzi, ale masz wrażenie, że pod wszystkimi względami dzielą cię od nich miliony lat świetlnych. Ktoś te programy jednak kręci i dla kogoś to przecież powstaje. Mam szczerą nadzieję, że wszystko, co widziałam wczoraj, to od a do z czysta reżyserka. Że ci ludzie nie istnieją naprawdę, że ich relacje nie wyglądają tak, jak zostało to przedstawione i że zgodzili się na odegranie swoich ról w zamian za naprawdę grubą kasę, bo nigdy w życiu nie zrozumiem, że ktoś mógłby zgodzić się na podobną kompromitację wyłącznie dla zabawy i pięciu minut w śniadaniówce. Problem jest jednak taki, że nawet jeśli wszystko jest wyłącznie spektaklem odgrywanym ku uciesze/irytacji widza, pokazywanie w telewizji wypaczonych relacji matka-syn zdecydowanie nie przyniesie nikomu korzyści. Chyba że Kto poślubi mojego syna? ma uczyć, jaką matką dla swojego syna nie być, wtedy okej, muszę przyznać, że pod tym względem spełnia swoją rolę znakomicie. 
Ale o co tu właściwie chodzi?

Cztery matki zgłosiły do programu swoich dorosłych, mieszkających z nimi synów, by spośród określonej liczby młodych kobiet mogli oni wybrać swoje przyszłe żony. Mamy towarzyszą synom podczas pierwszego spotkania z kandydatkami i czujnym okiem wyłapują wszystkie ich ewentualne wady. W toku programu kolejne dziewczyny będą eliminowane, mamy będą próbowały wpływać na decyzje swoich synów, a oni… no cóż, to się okaże. Jedno jest pewne – poziom żenady będzie wzrastać wprost proporcjonalnie do liczby odcinków. 

Tak naprawdę całe to moje dzisiejsze oburzenie programem jest trochę udawane. Trudno przecież oburzać się na serio na coś, co zdecydowanie należy traktować jak słaby i niezbyt udany żart. Jedyne, co faktycznie może irytować, to fakt, że usiłuje się wmówić widzom, że to, co widzą w programie, jest prawdą. Kto poślubi mojego syna? i inne, podobne do niego programy, mogą oglądać ludzie, którzy tego nie zrozumieją. Granica pomiędzy faktem a fikcją jest obecnie w telewizji dość nieoczywista. To, że nam udaje się ją dostrzec (o ile w ogóle! Sama mam często wątpliwości, w końcu istnieją na świecie ludzie, którym nawet nie trzeba płacić, by zgodzili się robić z siebie kretynów), nie oznacza automatycznie, że dostrzegana jest również przez innych, czego najlepszym dowodem są komentarze internautów szczerze wierzących w prawdziwość tego, czy innego programu. Na talerzu podaje się nam ludzi reprezentujących zachowania urągające wszelkim normom, pokazuje tych, którzy pozbawieni są kultury i ogłady. Czy naprawdę zmierzamy we właściwą stronę?

Dodaj komentarz