Łukasz Radecki, Robert Cichowlas – Zombie.pl

Było jak przed pierwszą randką z chłopakiem, który bardzo Ci się podoba. Czujesz dreszcz ekscytacji, nie możesz się doczekać i czujesz, że będzie fantastycznie, a tymczasem on, po kilkudziesięciu minutach ożywionej dyskusji rzuca hasło, po którym ze wstydu masz ochotę zapaść się pod stół albo uciec i nigdy już nie wrócić. 

Taka właśnie była moja pierwsza polska książka o zombie. Wyczekiwałam jej z niecierpliwością, bo wiadomo, zombie. Karol Szymkowiak, człowiek sukcesu, główny bohater powieści, miał potencjał i mógł być kimś, kto tę historię wzniesie na wyżyny. No i Gdańsk, mój kochany Gdańsk, czyli miejsce, w którym rozpoczyna się cała akcja. Co mogło pójść nie tak? A jednak. Po wysokim C na samym początku, z upływem czasu było gorzej, i gorzej, i gorzej…

Karol jako główny bohater powieści okazał się być kimś zupełnie innym niż można byłoby się spodziewać. To nie typ wojownika, który świetnie odnajduje się w apokaliptycznym świecie (patrz Rick z The Walking Dead). Jest przerażony, zagubiony i nie radzi sobie z zastaną sytuacją, czyli zachowuje się tak, jak zachowałoby się na jego miejscu wielu z nas. To dla tej historii duży plus – typ zwykłego człowieka rzuconego w wir dramatycznych wydarzeń jest świeży i atrakcyjny. Ale na tym niestety plusy się kończą.

Po początkowym zachwycie książką spotykało mnie rozczarowanie za rozczarowaniem. W Zombie.pl roi się od irytujących bohaterów, zwłaszcza grupy Słowian, których wprowadzenie do fabuły w takiej formie, jaką zastosowali autorzy, wydało mi się zupełnie bzdurne. Potencjał był duży, ale zabrakło ognia. Szkoda. Mimo wszystko warto dać jej szansę.

Liczba stron: 436
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ocena: (1-10): 5 – przeciętna

Dodaj komentarz