Mia Sheridan – Eden. Nowy początek

Wyobraź sobie, że Twoje życie to niekończące się pasmo trudności. Że kiedy tylko wydaje się, że idzie ku lepszemu, nagle dzieje się coś, co obraca wszystko w gruzy. Że kochasz kogoś tak, że to aż boli, a ten ktoś nagle ginie, a Ty zostajesz sam… 

Eden i Calder zostają rozdzieleni. On myśli, że Eden utonęła w powodzi wywołanej przez psychopatycznego przywódcę apokaliptycznej sekty, ona zaś jest przekonana, że to Calder nie przeżył. Oboje próbują odnaleźć się w nowej dla nich rzeczywistości, w świecie, którego wcześniej nie znali, ponieważ całe swoje dzieciństwo i lata nastoletnie spędzili w odgrodzonej od współczesności sekcie. Oboje mają też złamane serca, lecz każde z nich, na swój własny sposób próbuje na nowo ułożyć sobie życie.
Tylko że wiecie, Eden i Calder są sobie przeznaczeni. Wiadomym jest, że prędzej czy później znowu na siebie trafią, a to jest jedna z tych książek, która po prostu muszą skończyć się szczęśliwie, bo czytelnik tego właśnie chce.

Eden. Nowy początek to powieść, w której pokładałam duże nadzieje. Po całkiem niezłej pierwszej części tej historii (Calder. Narodziny odwagi) podejrzewałam, że w historii Eden i Caldera stanie się coś, co mnie zdziwi, poruszy lub zwyczajnie bardzo mile zaskoczy. Tymczasem zabrakło mi tu elementu wow, takiego, którego zupełnie bym się nie spodziewała. Właśnie na tę nieprzewidywalność bardzo mocno liczyłam, bo nawet jeżeli całą sobą czułam, jak skończy się ta historia, ciekawie byłoby, gdyby po drodze stało się coś, co wytrąciłoby mnie z równowagi i zaskoczyło. Ja natomiast dostałam do ręki powieść, która jest taka, jak można się było po niej spodziewać. Jest pięknie, ładnie i kolorowo, miło aż do przesady, co przecież nie stanowi wady, w końcu wszyscy lubimy, gdy amor vincit omnia. Ale czy na pewno nie można było trochę inaczej?

Tytuł oryginału: Finding Eden
Liczba stron: 287
Wydawnictwo: Septem

Ocena (1-10): 6 – dobra 

Dodaj komentarz