Nie bój się czytać w oryginale!

Długo żyłam w przekonaniu, że ja i czytanie książek w oryginale to kompletne nieporozumienie. Że to chyba żarty, że nie ma takiej opcji, że angielski miałam ostatnio dziewięć lat temu, bo na studiach się nie liczy, a tak naprawdę to nigdy nie byłam dobra z angielskiego, więc z czym do ludzi. 

A później przypomniałam sobie, że w ciągu ostatnich dziewięciu lat spędziłam przecież tysiące godzin na oglądaniu amerykańskich seriali. Z napisami, bo z napisami, to prawda, ale skoro i bez napisów rozumiem większość tego, co słyszę, nie może być AŻ TAK ŹLE.
Kiedy więc pewien czas temu jedno z moich ulubionych wydawnictw zaproponowało mi, żebym została ich wewnętrznym recenzentem, wahałam się tylko przez chwilę. 

No bo co złego mogło się stać? 

Mogłam nie zrozumieć jednej trzeciej książki.
Mogłam co kilka wyrazów zaglądać do słownika.
Mogłam zupełnie nie zrozumieć, o co chodzi i poddać się gdzieś po dwunastej stronie, rozpaczając, że jestem skrajnym debilem i jak w ogóle w dzisiejszych czasach można nie umieć czytać książek w obcym języku.

Miałam stracha. Pierwszy raz zawsze budzi jednocześnie obawę i ekscytację. Przez kilkadziesiąt pierwszych stron mojej pierwszej anglojęzycznej książki niemal nie odrywałam się od słownika, sprawdzając każdy wyraz, którego znaczenia nie znałam lub zapomniałam. Zajmowało mi to mnóstwo czasu i było szalenie frustrujące. Wiecie jak to jest, kiedy staracie się wsiąknąć w jakąś historię i wciąż coś wam przeszkadza? Myślałam, że trafi mnie szlag, choć książka zapowiadała się naprawdę nieźle i wcale nie chciałam się poddawać. Wtedy przypomniałam sobie, co o czytaniu w oryginale mówił mój nauczyciel od angielskiego: Nie tłumacz każdego nieznanego sobie słowa, ale wyłapuj kontekst.

I wiecie co? Zadziałało! 

Nagle okazało się, że znaczenia części słów, których nie znałam lub nie pamiętałam, mogłam naprawdę bardzo szybko domyślić się z kontekstu. I – co najważniejsze – nawet nieznajomość innych nie wpływała na moje zrozumienie tego, co dzieje się w książce. No bo tak szczerze, czy koniecznie muszę znać nazwę tkaniny, z której zrobiona jest sukienka głównej bohaterki? Sukienka to sukienka, na litość boską, nie zawsze ma znaczenie. 

A potem? Z każdą kolejną czytaną przeze mnie książką było coraz łatwiej. I jasne, to wciąż są napisane nieskomplikowanym językiem powieści z gatunku new adult, ale dzięki nim zrozumiałam, że wcale nie muszę bać się czytania w oryginale. Że początki, choć bywają trudne, po pewnym czasie przestają takie być. I że seriale naprawdę pozwalają nauczyć się bardzo wiele. Nie tylko tego, jak uciekać przed zombie… 🙂

Dodaj komentarz