Nie wszystko kończy się dobrze. Sons of Anarchy

źródło

Czuję dojmujący smutek i mam złe przeczucia. Czy można emocjonalnie związać się z ludźmi, którzy nie istnieją? Którzy od A do Z zostali wymyśleni przez zmyślnego twórcę? Pytanie jest trochę retoryczne, bo i wy, i ja, niejeden raz mieliśmy spieprzony do granic humor tylko dlatego, że zakończenie książki, filmu czy serialu nie odpowiadało naszym wyobrażeniom. Choroba, śmierć, rozstanie… nie kończyło się dobrze i serce bolało, może nawet pojawiły się łzy.

Teraz, kiedy piszę te słowa, słucham Till it’s gone Yelawolfa, utworu, który poznałam w drugim odcinku siódmego sezonu Sons of Anarchy. I choć mam świadomość, że część z was zupełnie o to nie dba, bo Sonsów nie zna i być może poznać nie zamierza, a jeszcze większa część w ogóle nie wie, kim jest Yelawolf, czuję taką potrzebę, bo gdzieś głęboko w środku cholernie mi smutno. Boli mnie emocjonalnie i prawie fizycznie. Czuję to w żołądku i w gardle, i wiem, że nawet nie musiałabym się mocno starać, by odkręcić kurek i pozwolić płynąć łzom. I mimo że takie wywlekanie wnętrzności w niedzielne południe nie jest najprzyjemniejszym sposobem na spędzenie czasu, jeśli to pominę, będę miała świadomość dużej pustki. Będę czuła, że zmarnowałam swoją szansę na podzielenie się tym, co jest dla mnie ważne, że stłumiłam emocje będące ogromną częścią mnie. I że nie dałam się poznać w chwili, kiedy pokazuję swoją bardziej ludzką stronę.
Mocno angażuję się emocjonalnie w wiele seriali, które oglądam. W jedne mniej, w inne bardziej, ale są wśród nich takie, które zwyczajnie poruszają mnie do łez, które przeżywam przez wiele dni, na które czekam z narastającą niecierpliwością i które chciałabym, by nigdy się nie kończyły. Wsiąkam wtedy całkowicie, nie ma mnie dla świata, nie sprawdzam wiadomości w skrzynce mailowej, nie idę nawet do ubikacji, choć pęcherz domaga się opróżnienia (no dobra, czasami idę, niezdrowo jest wstrzymywać). Moja percepcja ogranicza się wyłącznie do ekranu, na który patrzę. Nawet mrugam rzadziej i napinam się cała, wbijając paznokcie w dłonie.
Jestem wściekła i smutno mi jak diabli, bo mam te swoje cholerne przeczucia, że ten serial nie może skończyć się dobrze. Że jeśli ktoś robi produkcję o złych ludziach postępujących w zły sposób, nie ma najmniejszych szans na dobre zakończenie. Bo niby dlaczego miałaby być? Źli ludzie rzadko kończą w dobry sposób. Źli ludzie kończą w dębowej trumnie, sześć stóp pod ziemią. Tylko że robienie serialu o złych ludziach robiących złe rzeczy i tak mimo wszystko przywiązuje do nich ludzi. Nawet pośród największych skurwysynów znajdujemy sobie kogoś, kogo nienawidzimy mniej lub kogo po prostu lubimy. Wszyscy kochali Dextera, prawda? Ale czasami wszystko idzie zwyczajnie w złą stronę, nawet jeśli chwilami wydaje się, że może jednak skręci i będzie dobrze. Nie. Prawie na pewno nie będzie. Boli, kiedy bohaterowie, których uwielbiasz, giną. Boli, kiedy giną tylko dlatego, że ktoś ich źle zrozumiał. Że zinterpretował pewne rzeczy nie tak, jak powinien. Boli nawet wtedy, kiedy tylko przypuszczasz, że BYĆ MOŻE źle się skończy. Pełna jestem złych przeczuć. Sons of Anarchy chyba nie mogą skończyć się dobrze.

Dodaj komentarz