Nie wydaliłam mózgu razem z łożyskiem

Bycie matką to wyzwanie. Nie jest tak, że wystarczy zmienić obsraną pieluchę, postawić przed dzieckiem talerz z obiadem i powiedzieć: jedz!  Nie jest tak, że człowieka nie zalewa krew, kiedy po trzydziestej piątej próbie odciągnięcia dziecka od plątaniny kabli za telewizorem, ono szyderczo śmieje się rodzicowi prosto w twarz i poprawia piąchą, bo myśli, że to zabawne jak diabli.

Choć kocham go najmocniej na świecie, nie definiuję się przez mojego syna. Gdyby ktoś zapytał kim jestem, bycie matką nie byłoby pierwszą rzeczą, jaka przyszłaby mi do głowy. Gdyby ktoś odwiedził mój profil na Facebooku lub Instagramie, mógłby w ogóle nie zorientować się, że prawie dwa lata temu urodziłam dziecko. Natomiast gdy ktoś pyta, co u mnie słychać, doskonale wie, że nie odpowiadam: Mateuszowi wyszła lewa dolna szóstka! Ja i owoc mojego żywota to dwa odrębne byty, więc nie dziwią mnie już pytania zaskoczonych ludzi: to ty masz dziecko?!?! No mam, ale on nie jest mną, a ja nie jestem nim, więc wybacz synu, że nie wspominam o Tobie w każdej dyskusji, w jakiej biorę udział.

Elitarny klub matek

Ze mną jest trochę tak, że najpierw ja, później reszta świata. Nie czuję się komfortowo, gdy ktokolwiek wrzuca mnie do jednego wora z matkami, które realizują się wyłącznie przez macierzyństwo, dzidziusia na profilowym i album zatytułowany: Antoś, marzec 2015, a takich albumów na Facebooku na każdy miesiąc roku, począwszy od 2013. Ich prawo, ale to nie mój styl, ja tego nie czuję, mnie to nie kręci. Jestem poza tym, mnie przynależność do klubu stereotypowych matek dotyczy wyłącznie przez wzgląd na to, że w chwili porodu dołącza się do niego jakby automatycznie. I mogę protestować, wrzeszczeć i udowadniać, a i tak zawsze znajdą się ludzie, którzy spojrzą na mnie przez pryzmat mojego dziecka, zakładając, że skoro jestem matką, mój mózg wylądował w worku z odpadami medycznymi, razem z łożyskiem i całym poporodowym koktajlem.

Miłość nie na pokaz

I to nie tak, że zimny chów. Jestem dumna jak diabli z każdej rzeczy, którą robi mój syn. Że wie, jak robi baranek. Że goga to noga, ato to auto, kapka to kanapka, a jako to jajko. Że gdy mówię do chłopa: Waldek, masz kawę, Budda powtarza za mną, że Gabe, kahe. Że układa wieżę z klocków i przynajmniej trzy razy dziennie daje całusa naszemu psu. Tylko że te wszystkie rzeczy są nasze, nie na pokaz, nie dla całego świata, nie dla znajomych i obserwujących na Facebooku. Nie obchodzą pani w piekarni, ani pana od ogórków kiszonych. Granica jest niewyraźna, dla każdego w innym miejscu. Gdzie heheszki, tam heheszki, ale branie macierzyństwa tak bardzo na serio, tak jakby na świecie nie istniało nic poza nim… to nie ja.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Agnieszka Baran (@zielona_cytryna)

Biorę na ręce, przytulam, całuję, łaskoczę i głaszczę. Turlam się, daję sobie wchodzić na głowę i bawię klockami, choć interesuje mnie to tak mocno, jak budowa silnika. Wchodzę w kałuże, zbieram patyki, przesypuję w rękach brudny piasek i tańczę na środku chodnika śpiewając, że my jesteśmy krasnoludki. Ale nikt z was nie musi o tym wiedzieć.

Dodaj komentarz