Orson Scott Card – Cień Endera

Potrzebowałam kilku dni, żeby nabrać dystansu, złapać głęboki oddech i poukładać w głowie swoje nieuporządkowane myśli. Gdzieś w głębi mnie wciąż rozbrzmiewa echo Cienia Endera i wiem na pewno, że nigdy nie będę już taka, jak przedtem.
Trącę egzaltacją. Przeżywasz, kobieto – mógłby ktoś powiedzieć i niewiele by się pomylił. Przeżywam, bo Orson Scott Card poruszył najczulsze struny wewnątrz mnie. Czy kiedykolwiek przypuszczałabym, że powieść z gatunku sci-fi będzie w stanie poruszyć mnie do tego stopnia? Cóż, zdecydowanie nie. A jednak muszę posłużyć się tu wyświechtanym do cna powiedzeniem, że nigdy nie mów nigdy. Bo naprawdę, nigdy nie powinnam była powiedzieć, że sci-fi nie jest dla mnie. 

Głównym bohaterem Cienia Endera jest Groszek, kilkuletni chłopiec, wychowany na rotterdamskiej ulicy, bez rodziny i przyjaciół. Jego ponadprzeciętna inteligencja, zdolność do błyskawicznego przyswajania wiedzy i odrobina szczęścia zesłanego mu pod postacią siostry Carlotty sprawiają, że Groszek zostaje wysłany do mieszczącej się w kosmosie Szkoły Bojowej, gdzie najwybitniejsze dziecięce umysły szkolone są do walki z Robalami, najeźdźcami z innej galaktyki. Wyobcowany, nieufny i skrajnie analityczny, Groszek obserwuje wszystko co go otacza i szybko wysuwa wnioski. Włamuje się do komputerowych systemów szkoły, odmawia gry, dzięki którym nauczyciele tworzą psychologiczne portrety uczniów, zakrada się w miejsca, w których nie powinno go być i ogląda rzeczy, jakie nie powinny trafić w jego ręce.  To wszystko jest jednak ważnym elementem, dzięki któremu Groszek daje się poznać jako geniusz doskonale potrafiący wykorzystać zdobytą wiedzę. Szybko staje się oczami i uszami słynnego w całej szkole Endera, szkolonego na dowódcę, który poprowadzi ludzkość do zwycięstwa nad Robalami. Ale czy faktycznie jest tylko jego cieniem? Można mieć wątpliwości, bo Card ukazał nam wydarzenia toczące się w Grze Endera z zupełnie innej perspektywy. To, co w tym wszystkim najbardziej zachwycające, to fakt, że nie trzeba wcale znać Gry… by poznać Cień Endera. Cień… to nie sequel, można więc przeczytać go w pierwszej kolejności i dopiero później sięgnąć po cykl o Enderze. Nie chcę popsuć wam frajdy z czytania, więc w tym momencie pozwolę sobie urwać.  
Cień Endera zapiera dech, po prostu. Poniższy fragment to tylko maleńki wycinek tego, jaką postać stworzył Card:

A ponieważ Groszek zdecydowanie planował wypróbować lojalność innych uczniów w ciągu najbliższych kilku miesięcy i lat, powinien odtąd zachować szczególną ostrożność, żeby jego wzorzec rozmowy nie przyciągnął uwagi nauczycieli. Musiał tylko wybadać, który z najlepszych i najbystrzejszych uczniów wykazywali najsilniejszą lojalność wobec domu. Oczywiście w tym celu powinien wiedzieć, jak działa lojalność, żeby mógł ją osłabiać lub wzmacniać, wykorzystywać lub przenosić. (…)
On dla nich stanowił zagadkę. Kim był? Głupio się martwić, czy jest człowiekiem. Czym innym mógł być? Nigdy nie widział, żeby jakieś dziecko okazywało emocje lub pragnienia, których sam nie odczuwał. Jedyna różnica polegała na tym, że nie pozwalał, by chwilowe potrzeby i emocje kierowały jego działaniem. Czy dlatego jest obcym? Nie, jest człowiekiem – tylko lepszym. (str. 196-197)

Cała ta historia jest fenomenalna i tylko zdrowy rozsądek oraz absolutna nietolerancja dla spoilerów powstrzymuje mnie przed wyjawieniem wszystkich moich odczuć. Wystarczająco zachęcające?
Tytuł oryginału: Ender’s shadow
Ilość stron: 496
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ocena (1-10): 9 – wybitna

Dodaj komentarz