Ostatni odcinek True Blood – wtf? (spoilery)

Próbuję zrozumieć, naprawdę próbuję. Wierzcie mi, że staram się tak intensywnie, jak nigdy wcześniej. No… może tylko po ostatnim odcinku Dextera zastanawiałam się podobnie mocno, ale na litość boską, to był Dexter! Teraz natomiast zachodzę w głowę, czy to, co widziałam wczoraj, przypadkiem mi się nie śniło. 
Nie. 
Niestety. 
Chciałabym więc wylać całe wiadro moich gorzkich, naprawdę gorzkich żali i dać upust mojej rozpaczy i wściekłości, bo inaczej nie mogę.
Po pierwsze: Bill
Serio? Samobójstwo z miłości, do kobiety, którą kochasz tak bardzo, że nie chcesz jej skrzywdzić? Wiecie, ja tego nie ogarniam zupełnie, mój umysł tego nie przyjmuje do wiadomości, zamknięte, szlaban, odwrót i naprzód marsz. Wszystkie te podchody, wszystkie te umizgi, fochy, kłótnie, miłowanie i seksy, to wszystko na marne, bo Sookie, chcę żebyś miała dzieci. Jezu, litości! Vanitas vanitatum et omnia vanitas, tyle mogłabym powiedzieć i na tym mogłabym skończyć, ale jestem totalnie wściekła, że ten dupek ze swoją dziewiętnastowieczną moralnością podjął taką, a nie inną decyzję. Może wy go jakoś wytłumaczycie, bo dla mnie to porażka, ale punkt pierwszy nieuchronnie prowadzi do…

Po drugie: Sookie

Właściwie od samego początku miałam w stosunku do niej ambiwalentne odczucia. O ile pamiętam, jednym z powodów mojego nieudanego podejścia do książek Charlaine Harris, była właśnie irytująca do bólu Sookie. I ta postać właściwie jest taka przez cały czas, trochę infantylna, trochę naiwna, wiecznie niezdecydowana. Wprawdzie z sercem po właściwej stronie i tego odmówić jej nie można, ale do cholery, dobre serce to nie wszystko. Ale może się mylę, może to wystarczy, w końcu prawie wszyscy niespokrewnieni z nią faceci wylądowali z nią w łóżku lub umierali z miłości do niej, a wszystkie babki naprawdę ją lubiły. Tak czy siak, jeśli główny bohater na ekranie wpienia cię na tyle, że choć momentami masz ochotę walnąć w telewizor, a mimo wszystko tego nie robisz, coś jest na rzeczy. Pomijam, że zęby mi zgrzytały na widok rodzinnej sielanki Sookie w ostatnich scenach. Brr.

Po trzecie: Jason

To niewiarygodne, jak wspaniale można zagrać sympatycznego idiotę. Jason gdy myśli, to naprawdę widać, że go to myślenie boli. Ta tęsknota za rozumem wypisana na jego twarzy jest tak pocieszna i urocza, że trudno się człowiekowi na jego widok irytować. Kupuję go w całości od samego początku i to nawet miłe, jakie zakończenie mu się przytrafiło. Gromadka dzieci i panna z odzysku, no cudnie.
Po czwarte: Eric
Totalnie kocham Erica (kto nie kocha Erica?!?!?) i z rosnącym przerażeniem obserwowałam, jak z sezonu na sezon stawał się coraz większą meduzą, zwłaszcza przy Sookie, kiedy mózg rozmiękał mu po całości. Ale z drugiej strony nie było to takie złe. Niby do dupy, a jednak fajnie, trochę go to uczłowieczyło. Mam nadzieję, że nadążacie, bo ja się już zdążyłam pogubić w tym. Ciekawe, czy on tę Sookie kochał, ale wiedział, że nie ma szans z Billem, czy po prostu tak się stało, że skoro mu przyjemnie woniała i była chętna, to sobie skorzystał. Jedno jest pewne, scena seksu z Ginger i scena w samochodzie w ostatnim odciku – meeeeega! Jakoś tak mało było mi Erica w ostatnim sezonie, ale gdy już był, to tak, że majty przez głowę. 
Po piąte: Jessica i Hoyt
Nie mam do dodania nic prócz tego, że naprawdę cudownie się to wszystko ułożyło. Jessica, śliczna, że tchu brakuje, bez Hoyta wydawała się być strasznie pogubiona i bardzo się miotała, więc cieszę się, że skończyło się tak, a nie inaczej. I jeszcze Arlene tu podrzucam, bo jej też się należało w końcu trochę frajdy, łatwo nie miała.
Po szóste: pozostali 
Sam w zasadzie ani mnie ziębił, ani grzał. Był, bo był, i tyle.
Andy i Holly nawet cacy, w tym ich związku było coś uroczego, w ogóle cała postać Andy’ego mistrzowska.
Śmierć Tary to najlepsze, co zdarzyło się w tym sezonie, drażniła mnie od samego początku.
Pam doskonała i totalnie seksowna z tym swoim zblazowanym tonem, jedna z najlepiej wykreowanych postaci całego serialu, świetne zakończenie.
Szkoda mi Lafayette’a, że tak fenomenalnego bohatera spłycili w ostatnich odcinkach do maksimum.

Ogólnie rzecz biorąc nie miałam przed finałem True Blood specjalnych oczekiwań prócz tych, że Bill przeżyje i razem z Sookie odejdą w stronę zachodzącego słońca. Wiem, trochę to naiwne, ale tak sobie myślałam. Teraz jednak, gdy skończyło się tak, a nie inaczej, a ja skleciłam te wszystkie zdania powyżej, myślę sobie, że może wcale nie było tak źle. W końcu Sookie za parę lat zaczęłaby się starzeć, a czy ktokolwiek wyobraża sobie związek siedemdziesięcioletniej staruszki z wiecznie młodym i wiecznie przystojnym Billem?

Dodaj komentarz