John Howard Griffin – Czarny jak ja

Rok 1959. Południowe stany USA. John Howard Griffin podejmuje decyzję, że na własnej skórze poczuje, co znaczy być ciemnoskórym obywatelem Stanów Zjednoczonych.   
Odwaga? Na pewno.
Głupota? Dla niektórych zdecydowanie tak.
Żart? W żadnym wypadku. Griffin do swojego zadania podchodzi cholernie poważnie.

Żeby zrealizować swoje zamierzenia, autor pomysłu poddał się specjalistycznym zabiegom mającym na celu okresowo przyciemnić jego skórę. Udało mu się uzyskać na tyle wiarygodny efekt, że jak sam napisał w swoim pamiętniku, gdy spojrzał na siebie w lustrze, poczuł się jak zupełnie inny człowiek. Ciemny kolor skóry – wystarczyło tylko lub aż tyle, żeby Griffin znalazł się na innym stopniu drabiny społecznej. Niższym niż kiedykolwiek przedtem.

A wszystko dlatego, że w 1959 roku w wielu południowych stanach USA bycie czarnoskórym oznaczało życie pełne trudności. Brak możliwości skorzystania z dowolnej publicznej toalety. Brak możliwości zajęcia dowolnego miejsca w autobusie. Brak możliwości zjedzenia w dowolnej restauracji. I pogarda ze strony białych, wyczuwalna i deprymująca.

Eksperyment Griffina sprowadził na niego wiele najróżniejszych reakcji – od euforii po skrajne potępienie. Dla mnie, współczesnego człowieka, nie mającego żadnego problemu z odmiennością kulturową czy rasową, to przede wszystkim akt ogromnej odwagi i duży krok naprzód, który dla  amerykańskiego społeczeństwa przełomu lat 50 i 60 ubiegłego stulecia był ciekawą i pouczającą lekcją tolerancji. Warto, by została ona przypomniana i dziś.

Tytuł oryginału: Black Like Me
Liczba stron: 256
Wydawnictwo: W.A.B.

Ocena (1-10): 6 – dobra

Jak bardzo można skrzywdzić czytelnika? K.N. Haner – Na szczycie

Ponieważ kwestia sądownictwa w ostatnich tygodniach intensywnie łączy i dzieli polskie społeczeństwo, skorzystam z okazji i dołożę do tego ognia parę drew również od siebie. Uważam bowiem, że przydałby się w polskim prawie jakiś przepis, który pozwoliłby pozwać autora za krzywdę wyrządzoną na czytelniczym umyśle. Gdyby tak było, bez wahania pozwałabym K.N. Haner, autorkę powieści Na szczycie, która wyrządziła mi tyle szkody, jak jeszcze żadna inna książka w całym moim życiu. Niech najlepszym dowodem na to będzie, że choć jak ognia unikam pisania o złych książkach, bo zwykle ich po prostu nie czytam do końca, tak nie mam sumienia podarować tej konkretnej powieści. O tym trzeba pisać, o tym trzeba mówić, ponieważ to jest tak złe, że brakuje skali, a za chwilę dowiecie się, dlaczego.
Czytaj dalej Jak bardzo można skrzywdzić czytelnika? K.N. Haner – Na szczycie

Sarah Pinborough – Co kryją jej oczy

Wiedziałam, że mogę spodziewać się zakończenia, które mnie zaskoczy. Trudno było mi zresztą spodziewać się czegoś innego, skoro właśnie ten element książki jest najbardziej przez wydawcę eksponowany. I słusznie, bo zakończenie faktycznie robi wrażenie. Ale czy na pewno jest ono największym atutem tej powieści?

Louise, główna bohaterka powieści jest nieco zgorzkniałą i samotną rozwódką wychowującą kilkuletniego syna. Trudno przy tym powiedzieć, by jej życie było specjalnie ekscytujące, ponieważ większość czasu spędza na zmianę w pracy i w domu. Pewnego dnia udaje jej się jednak kogoś poznać. David jest przystojny, czarujący i ma klasę… niestety, bardzo szybko okazuje się być jej nowym szefem, w dodatku żonatym. A żeby tego było mało, żona Davida okazuje się być absolutnie urocza i Louise nie potrafi odmówić sobie budzącej się między nimi przyjaźni. Na czym więc stoimy? Louise nawiązuje romans z Davidem i jednocześnie coraz bliżej zaprzyjaźnia się z Adele. Jak już w coś wpaść, to po całości, prawda?

Dalej robi się coraz bardziej interesująco. Kobieta lawiruje bowiem pomiędzy Davidem i Adele, nie do końca zdając sobie sprawę z faktycznej relacji między małżonkami. Wie tylko tyle, na ile oboje jej pozwalają. W dodatku dość szybko okazuje się, że Adele sprytnie manipuluje swoją nową znajomą i stara się ją wykorzystać do swoich celów. Jakich? Tego nie zdradzę, musicie dowiedzieć się tego sami.

Nie ulega wątpliwości, że Pinborough udało się w swojej powieści zbudować napięcie, które udziela się Czytelnikowi. Wiecie, to jest tego typu uczucie, że spinają się wam wszystkie mięśnie i mimowolnie zaciskacie szczęki czując, że za chwilę COŚ się wydarzy. I przez większość czasu jest naprawdę rewelacyjnie… a potem książka kończy się tak, że sama nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. Było zupełnie tak, jakby postawiono przede mną kawałek pięknego tortu, a okazało się, że ten brązowy krem to nie czekolada, tylko wątróbka. I nie, że wątróbka będzie zła sama w sobie. Ona po prostu do tego tortu nie pasuje za cholerę. I właśnie tak jest z zakończeniem tej książki.

Tytuł oryginału: Behind her eyes
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka


Ocena (1-10): 7 – bardzo dobra

Matthew Cobb – Największa tajemnica życia. Jak rozszyfrowano kod genetyczny

To kwestia genów.
U nas to genetyczne.
Masz to w genach.
Czym właściwie są geny? Co jest w nich takiego, że dzięki nim jesteśmy, jacy jesteśmy i wyglądamy tak, a nie inaczej? Są tajemnicze, skomplikowane i dla wielu wydają się wręcz boskie. Nic więc dziwnego, że nad odkryciem tajemnic kodu genetycznego i samych genów pracowały i pracują tysiące tęgich głów – naukowców, których celem jest jak najgłębsze ich zrozumienie. Fakt faktem, mają nad czym pracować, bowiem jak w swojej książce Największa tajemnica życia. Jak rozszyfrowano kod genetyczny wspomina wielokrotnie jej autor, Matthew Cobb, odkrycie, jakimi prawami rządzą się geny, na co wpływają i od czego zależą, to żmudne i niezwykle czasochłonne zajęcie.
Nie będzie niczym zaskakującym jeśli powiem, że książka Cobba nie jest lekturą dla każdego, w końcu nie każdy jest zafiksowany na punkcie nauki. Ponadto książka może być dosyć trudna w odbiorze dla kogoś, kto swoją biologiczną edukację zakończył na poziomie szkoły średniej, ale to akurat jest całkowicie zrozumiałe w przypadku lektury tego typu. Sama nie raz i nie dwa musiałam zerkać do Wikipedii, żeby zrozumieć, o czym w ogóle mowa, chociaż jakieś tam podstawy genetyki znam i nie jestem do końca zielona w tym temacie. Pomijając jednak kwestie trudnych do zrozumienia pojęć, muszę uczciwie przyznać, że Największa tajemnica życia… jest lekturą niezmiernie fascynującą. Nie tylko dlatego, że traktuje o jednym z najbardziej skomplikowanych i tajemniczych zagadnień nauki, ale też z tego względu, że pokazuje, jak wielką determinacją i ambicją musieli cechować się ludzie, którzy chcieli odkryć tajemnice genotypu. Cobb zabiera nas w podróż po świecie ludzi owładniętych żądzą odkryć, a taka podróż nigdy się nie nudzi.
Tytuł oryginału: Life’s Greatest Secret: The Race to Crack the Genetic Code
Liczba stron: 568
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): 7 – bardzo dobra

Marek Łuszczyna – Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne

Rzadko się o nich w mediach mówi, jeszcze rzadziej pisze, a jednak były, funkcjonowały i ginęli w nich ludzie. Gdyby porównać liczbę ofiar, które pochłonęły, z liczbą ofiar nazistowskich obozów koncentracyjnych, wypadłyby na ich tle co najmniej blado. Nie zmienia to jednak faktu, że pozostał po nich wyraźny ślad i że trzeba o nich pamiętać… lub dowiedzieć się, że w ogóle funkcjonowały, bo wciąż nie wszyscy mają świadomość ich istnienia.

Nie nazwę ich polskimi obozami koncentracyjnymi, jak zrobił to Łuszczyna, tak samo jak nazistowskich obozów nie nazwę niemieckimi. Nie wydaje mi się to właściwe i budzi mój wewnętrzny sprzeciw. Mogę jednak zrozumieć, co autor miał na myśli i co prawdopodobnie chciał tym kontrowersyjnym, zdaniem wielu, tytułem osiągnąć.
W swoim reportażu porusza bowiem temat obozów pracy, które od końca II wojny światowej powstawały na ziemiach polskich i pod których działalność często wykorzystywano istniejącą już infrastrukturę obozów koncentracyjnych stworzonych wcześniej przez nazistów. Nowo powstałe komunistyczne polskie władze gromadziły w nich m.in. mieszkających w Polsce Niemców i Volksdeutschów. 

Komendant obozu wita zganianych do Świętochłowic-Zgody Ślązaków słowami: „Auschwitz to była pestka przy tym, co wam tu zgotuję”. Nie żartuje. Ma wyobraźnię. Osobiście morduje Ślązaków i Niemców. Bije ich drewnianą pałką, dopóki nie zmienią się w krwawą miazgę. Trzeba sprzątać  gabinet szefa, długo szorować szczotką i wodą z mydłem. Komendant wymyślił też piramidę. Każe kłaść się nagim ludziom jeden na drugim, aż stos sięgnie sufitu. Żeby być pewnym, że ci na samym dole nie przeżyją, wdrapuje się na wierzchołek i jeśli ma odpowiednio dużo miejsca – tańczy kalinkę. W aparacie bezpieczeństwa ma przezwisko „Wariat”. „Obdziera ludzi ze skóry” – taka fama krąży po korytarzach katowickiego UB. Na jego polecenie zwłoki zakopuje się w zbiorowych mogiłach lub pali tuż za granicami obozu”. 
str. 38-39

Łuszczyna śledzi dokumenty, w których pozostał ślad po istnieniu obozów i, co zawsze robi najbardziej wstrząsające wrażenie, przytacza wspomnienia ludzi, którzy obozy pamiętają.
Morel przywitał nas słowami: „Wy hitlerowskie kurwy, Oświęcim to było przedszkole w porównaniu z moim sanatorium”. (…) W obozie były kobiety, dzieci, byli starsi mężczyźni – oni umierali najszybciej. Najpierw zaatakowały głód i zimno. Szybciej niż tyfus. Błyskawicznie zniknęły wszystkie kępki trawy. Kobiety biegały z kijami po baraku i polowały na szczury. Zresztą te szczury były tłuste. Żywiły się do syta w tym baraku trupiarni. str. 74

Należy mieć świadomość i przygotować się na to, że Mała zbrodnia nie jest książką, po przeczytaniu której odłoży się ją na półkę i o niej zapomni. Nakreślone przez Łuszczynę obrazy zostają w głowie i tkwią pod powiekami jeszcze długo, przypominając o dramacie i bestialskości jaki zafundowano tkwiącym w obozach więźniom.

Większość kobiet, dzieci, mężczyzn i starców szybko zamieniała się w żywe szkielety. Za podwójnym ogrodzeniem i pasem śmierci, na który szperacze patrzyły od zmierzchu do świtu, bito, gwałcono i mordowano. Załoga, złożona z mieszkańców Jaworzna i okolicznych wsi, nie znała litości. Według profesora Piotra Madajczyka, historyka prowadzącego badania na temat obozu, bicie zaczynało się już pod prysznicem, kiedy nowo przybyli byli nadzy. Więźniów rażono prądem, wystawiano nagich na mróz, zanurzano w bunkrach z wodą – tę torturę nazywano Wasserzellen. Lepiej było, kiedy śmierć przyszła  w czasie zanurzania, oszczędzało to dodatkowych cierpień. Polacy często krzyczeli „Utoń, szwajne, oszczędź nam roboty!” str. 164

Nad Małą zbrodnią da się przejść do porządku dziennego. Ciężko i boleśnie żyje się ze świadomością, że wydarzenia opisane w reportażu w ogóle miały miejsce, że dzieci, kobiety i mężczyźni byli gnębieni i ginęli w akcie zwyczajnej zemsty za hitlerowskie zbrodnie. O książce Łuczyny powie się pewnie jeszcze wiele i wiele batów spadnie na autora za jej tytuł, ale jedno jest pewne – zdecydowanie nie można obok niej przejść obojętnie i udawać, że nie istnieje.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Marek Łuszczyna – Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne, wyd. Znak Horyzont, 2017.
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Znak Horyzont

Ocena (1-10): 7 – bardzo dobra

Ruth Ware – W ciemnym mrocznym lesie

Zawsze kiedy w magazynach wnętrzarskich oglądałam projekty domów z przeszklonymi ścianami, myślałam sobie, że to musi być przerażające, mieszkać w domu, w którym ktoś obcy może bez najmniejszego problemu podglądać cię z zewnątrz, a ty nie będziesz mieć o tym zielonego pojęcia. Nora, główna bohaterka powieści Ruth Ware W ciemnym mrocznym lesie pomyślała podobnie, kiedy trafiła na wieczór panieński swojej byłej przyjaciółki do ekskluzywnej, „szklanej” posiadłości w środku lasu.

Dla Nory cała ta impreza już od samego początku była co najmniej dziwna, a dziewczyna nie do końca wiedziała, dlaczego właściwie została na nią zaproszona. Ona i Clare, czyli przyszła panna młoda, przez ostatnie dziesięć lat nie zamieniły ze sobą ani jednego słowa, a jednak Clare zdecydowała, że chce, by Nora była obecna na jej przyjęciu. Tak też się stało i nie muszę chyba dodawać, że nie był to najlepszy pomysł?

Ware wykreowała w swojej powieści mroczny (dom położony w środku lasu, bardzo brrr!) klimat, który sprawia, że powieść jest od samego początku zdecydowanie niepokojąca i daje pewne wyobrażenie o tym, że nie mamy co liczyć na delikatne obchodzenie się z naszymi nerwami. Niby banalna rzecz – wieczór panieński w gronie nowopoznanych osób i litry alkoholu. Powinno skończyć się świetną zabawą, a jednak nikomu nie jest do końca komfortowo. Zwłaszcza że mamy tu kilkoro bohaterów, po których nie wiadomo, czego możemy się spodziewać. Jest Flo, przewrażliwiona organizatorka całego przedsięwzięcia, która niezwykle nerwowo reaguje na wszystkie zachowania odstające od jej wyobrażenia idealnego wieczoru panieńskiego swojej przyjaciółki. Jest Tom, homoseksualny dramaturg, jedyny mężczyzna w tym damskim gronie, który jest niezwykle ciekawy szczegółów przyjaźni Nory, Clare i Niny. Wreszcie ona, bohaterka całego zamieszania – Clare. Piękna, kochana i spokojna… czyżby tylko pozornie?

Lubię książki z nieoczywistą fabułą, w których do końca nie mogę być pewna, co się wydarzy. Historie z cyklu: kto zabił?, i te domysły, tropy podrzucane przez autora, delikatne aluzje i mylące wskazówki. U Ware tych wskazówek jest mnóstwo, a każda z nich z powodzeniem wyprowadzała mnie w pole, co jednocześnie budziło moją frustrację, ale i narastającą fascynację. To dobra powieść na porę taką jak ta, na zimny wieczór spędzony pod ciepłym kocem, z kubkiem ciepłego napoju w dłoni i kawałkiem domowego ciasta. W ciemnym mrocznym lesie trzyma w napięciu i nie puszcza ani na chwilę, a wreszcie zaskakuje tak, że szczęka opada. Świetna!

Tytuł oryginału: In a dark, dark wood
Liczba stron: 376
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): 7 – bardzo dobra

Simon Beckett – Zimne ognie

Pamiętam to jak dziś. Zimno, deszcz lub deszcz ze śniegiem, a dziewiętnastoletnia ja siedzę w autobusie linii 808, jadę na uczelnię i czytam Chemię śmierci. W tamtych czasach, dziesięć lat temu, był to absolutny fenomen. Okładka, pierwsze zdania, mówiące o tym, co dzieje się z ciałem człowieka tuż po jego śmierci… wystarczyło, żeby wywołać u potencjalnego czytelnika gęsią skórkę.

Nie mogłam się oprzeć tej książce, zresztą podobnie jak każdej kolejnej pióra Simona Becketta. I choć po Chemii śmierci żadna z jego powieści nie zrobiła na mnie tak ogromnego wrażenia, miło było do niego wracać. Również teraz, po kilku latach, gdy w 2016 roku w Polsce ukazała się pierwsza, uwspółcześniona powieść Becketta, Zimne ognie.

I jak? Szał? Ekscytacja? Ciarki na plecach? I tak, i nie. Sama historia według mnie jest bardzo w porządku, intrygująca i ciekawa. Mamy oto bowiem trzydziestokilkuletnią Kate, właścicielkę nieźle prosperującej agencji PR, która nieśmiało marzy o dziecku, a jednak na horyzoncie brak jej mężczyzny, z którym mogłaby założyć rodzinę. Kiedy w końcu podejmuje decyzję o sztucznym zapłodnieniu, postanawia starannie wybrać potencjalnego dawcę nasienia i decyduje się na zamieszczenie stosownych ogłoszeń w kilku czasopismach. Wybiera magazyny branżowe, przeznaczone dla konkretnych odbiorców, chcąc zmarginalizować ryzyko, że na jej ogłoszenie odpowie ktoś niewłaściwy. W ten oto sposób trafia na Alexa, psychologa klinicznego, odrobinę nieśmiałego i nieco wycofanego, a jednak zdecydowanego jej pomóc. Żadne z nich nie przewidziało natomiast, że ich „biznesowa” relacja przerodzi się w coś trwalszego, więc gdy Kate udaje się zajść w ciążę, w pierwszej kolejności pragnie podzielić się swoim szczęściem właśnie z Alexem. Problem w tym, że Alex nagle znika i jest zupełnie tak, jakby rozpłynął się we mgle. I właśnie wtedy rozpętuje się piekło.

Wiecie, jaki największy problem miałam z tą książką? Że byłam przekonana, że jest do bólu przewidywalna. Że można było oczekiwać, że Alex nie okaże się być facetem utkanym z marzeń, snów i oczekiwań, tylko zwichrowanym dupkiem (mimo że już na samym początku powieści dostajemy niemal „do ręki” byłego chłopaka Kate, będącego modelowym wręcz villainem, co mogłoby dawać nam jakieś pojęcie o tym, kto faktycznie będzie tym złym). I już w momencie, gdy Kate „prześwietlała” Alexa i upewniała się, że jest tym, za kogo się podaje, ja byłam pewna, że koleś musi mieć jakieś trupy w szafie, w końcu to thriller, a nie bajka o jednorożcach. A jednak udało mu się uśpić moją czujność na tyle, że w pewnym momencie poczułam się naprawdę zaskoczona. W swoich podejrzeniach ograniczyłam się tylko do tego, co było dla mnie aż nazbyt oczywiste, a okazało się, że w głębi kryje się znacznie więcej. I że jest to naprawdę dobre.

Tytuł oryginału: Where there’s smoke
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Czarna Owca

Ocena (1-10): 7 – bardzo dobra

Ashlee Vance – Elon Musk. Biografia twórcy PayPal, Tesla, SpaceX

Mijałam się z biografią Elona Muska przez kilka ostatnich miesięcy. Widziałam ją na Facebooku na tablicach zafascynowanych nią znajomych, wyświetlała mi się
w internetowych księgarniach i kusiła promocjami. „Kiedyś przeczytam” – myślałam sobie, odkładając tę decyzję na bliżej nieokreśloną przyszłość, która równie dobrze mogła oznaczać przyszły miesiąc, albo przyszłe dziesięciolecie.

A potem pojawiła się akcja „Czytam PL” i możliwość, żeby biografię Muska przeczytać bezpłatnie,
w ramach akcji promującej czytanie. Nie trzeba specjalnie zachęcać mnie ani do jednego, ani do drugiego, więc wystarczyło parę chwil i książka trafiła w moje ręce… a właściwie do mojego smartfona. 
I przepadłam. To była miłość od pierwszego zdania. Uwielbiam, kocham inspirujących ludzi, a Elon Musk to absolutny geniusz i wizjoner, człowiek pełen autentycznej pasji, którą Ashlee Vance uchwycił i ukazał
w tak niesamowity sposób, że brakuje mi słów, żeby wyrazić swój podziw. Śmiem nawet podejrzewać, że gdyby Musk stanął przede mną, po prostu stałabym i gapiła się na niego, nie otworzywszy ust, bo paraliżowałby mnie strach, że powiem coś skrajnie głupiego i skompromituję się na amen. No cóż, pewnie tak właśnie by było. 
Biografię Muska czyta się wybornie, jest świetnie napisana i niezmiernie interesująca, a co najważniejsze, skupia się przede wszystkim na tym, co jest dla mnie najistotniejsze, czyli na jego talencie, marzeniach
i celach, które każdego dnia udaje mu się urzeczywistniać. Zupełnie nie obchodzi mnie jego życie prywatne Muska, jego żony, dzieci i wstydliwe momenty, które każdy z nas ma na swoim koncie,
a o których wielu ludzi uwielbia czytać, zwłaszcza jeśli chodzi o ludzi tego kalibru. Nie mają żadnego znaczenia, bo dla mnie bohater tej książki to przede wszystkim geniusz i wizjoner, człowiek o olbrzymiej, niepowstrzymanej ambicji i determinacji, która fascynuje, inspiruje i napędza do działania. Dla mnie rewelacja i absolutne mistrzostwo świata.

Tytuł oryginału: Elon Musk – Tesla, SpaceX, and the Quest for a Fantastic Future
Liczba stron: 448

Wydawnictwo: Znak

Ocena (1-10): 9 – wybitna

Amy Harmon – Pieśń Dawida

Pieśń Dawida mnie zdruzgotała. Wzruszyła do łez, emocjonalnie wytargała i sprawiła, że zaparło mi dech. Zdecydowanie nic nie jest w niej zwyczajne i właśnie to stanowi o jej wielkiej sile.

Głównym bohaterem tej książki jest Dawid, dwudziestosześcioletni zawodnik mieszanych sztuk walki, mężczyzna, którego dotychczasowe życie nie było ani zbyt proste, ani zbyt przyjemne. Zabójstwo jego siostry z rąk osoby, której nigdy w życiu by o to nie podejrzewano, a także jego pobyt w szpitalu psychiatrycznym po nieudanych próbach samobójczych – wszystko to złożyło się na aktualny obraz Dawida jako człowieka dorosłego, nieco zagubionego i próbującego poradzić sobie z samym sobą poprzez ratowanie innych. Kiedy Dawid poznaje Amelie, dopiero co zatrudnioną w jego klubie tancerkę, cały jego świat nagle staje w miejscu. Dziewczyna okazuje się być niewidoma i szybko wychodzi na jaw, że samotnie wychowuje swojego młodszego, chorego na autyzm brata. Bóg raczy wiedzieć, co może z tego wszystkiego wyniknąć.

Wiele tu wzruszeń i wiele powodów do refleksji nad sobą, nad innymi, nad związkami międzyludzkimi i własnym podejściem do całego ogromu różnych kwestii. To dobrze, jeśli książka każe na chwilę się zatrzymać. To dobrze, jeśli rzuca czytelnikiem na wszystkie strony, od euforii, aż po wielki smutek. W Pieśni Dawida jest wszystko to, czego oczekuję od dobrej powieści obyczajowej.

Tytuł oryginału: The song of David
Liczba stron: 312
Wydawnictwo: Editio

Ocena (1-10): 7 – bardzo dobra

Misha Glenny – Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Niesamowita – wystarczyłoby tylko jedno słowo, żeby podsumować historię, o której w swojej książce Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio napisał Misha Glenny, brytyjski dziennikarz kryminalny. 

W ciągu ostatnich wielu lat czytałam o wielu zorganizowanych grupach przestępczych na świecie – o włoskiej mafii, japońskiej yakuzie, czy chińskiej triadzie, ale żadna nie była dla mnie tak egzotyczna jak ta z Rocinhi, jednej z faweli w Rio de Janeiro, która stała się tłem historii Glenny’ego. Główny bohater tej opowieści to Antônio Francisco Bonfim Lopes, zwany Nem. Człowiek, który do grupy przestępczej trafił przypadkiem, tylko po to, żeby uratować od śmierci swoją córkę, a jednak został w niej już na stałe.

Nemezis… to też historia tętniącej życiem faweli, której mieszkańcy jeszcze nie tak dawno temu na próżno mogli liczyć na pomoc od państwa. Gdzie grupy narkotykowych bossów walczyły między sobą o władze i nie raz, i nie dwa ulice spływały krwią niewinnych, których trafiły zbłąkane kule. Reportaż Glenny’ego fascynuje. Fascynuje też sam Nem i zupełnie nic nie można na to poradzić. Zamiast odstręczać, sprawia, że w oczach czytelnika staje się aniołem stróżem faweli, do którego przychodzili po pomoc jej zdesperowani mieszkańcy, nie mogący liczyć na nikogo innego.

Ta książka to kolejna doskonała pozycja Wydawnictwa Czarne, którą wielbiciele literatury faktu zdecydowanie powinni mieć na swojej półce. Daję jej mocne 7/10.  

Tytuł oryginału: Nemesis: The Battle For Brazil
Liczba stron: 336
Wydawnictwo: Czarne

Ocena (1-10): 7 – bardzo dobra