Co czytasz, blogerze? #3 Marta Skrzypiec, matkaniewariatka.pl

W trzeciej odsłonie cyklu Co czytasz, blogerze?, rozmawiam z Martą, autorką bloga matkaniewariatka.pl, która udowadnia, że literatura young adult odpowiada nie tylko nastoletnim i wchodzącym w dorosłość dziewczętom, ale może sprawiać mnóstwo przyjemności również kobietom, które swoje osiemnaste urodziny świętowały już trzynastokrotnie… 😉  

Młode matki, które przed narodzinami swojego dziecka miały wiele czasu na czytanie, po jego narodzeniu narzekają na brak tego czasu. Ty jesteś mamą bliźniaków – jak godzisz tę rolę
i wynikające z niej obowiązki z miłością do książek?

Przez pierwszy rok życia chłopców nie czytałam prawie nic poza ulotkami z marketów. To był trudny okres w naszym życiu i nie miałam w ogóle głowy do książek. Chłopcy mieli niecały rok, gdy przyjechała moja przyjaciółka i wręczyła mi książkę Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego Joanny Czeczot-Woźniczko. Byłam zła, bo nie miałam czas na czytanie, ale jak zaczęłam, to zarwałam noc. Tzn. te pojedyncze godziny, które zwykle mogłam poświecić na sen. Jednak to był cenny czas, bo wtedy narodziła się idea pisania bloga. Później powoli wracałam do czytania. Wykorzystywałam moment, gdy dzieci spały albo ktoś zabrał ich na spacer. Większość matek twierdzi, że nie ma czasu na czytanie, bo wtedy gdy dziecko daje „wolne”, one sprzątają, gotują lub piorą. Ja miałam silną potrzebę czasu tylko dla siebie, czułam, że jak będę na okrągło szorowała dom albo podcierała pupki to zwariuję. Dlatego czas, gdy dzieci spały, poświęciłam tylko sobie. Najczęściej właśnie na czytanie. Teraz bliźniaki mają już 4,5 roku, więc czytam swobodnie wszędzie, gdzie się da, oczywiście wtedy, gdy dzieciaki mnie nie potrzebują. Oni się bawią, ja czytam. Oni oglądają bajkę, ja czytam. Oni wieczorem śpią, ja czytam. Czasami jak mam dobrą książkę, potrafię też czytać smażąc naleśniki.

Jakie książki zatem czytujesz? Czy jest jakiś gatunek, w którym czujesz się najlepiej?

Najczęściej sięgam po powieści obyczajowe. Uwielbiam klasykę – Jane Austen to moja literacka bogini. Cenię polskich autorów – Janusz L. Wiśniewski, Agnieszka Lingas-Łoniewska, Anna Ficner-Ogonowska, Olga Rudnicka, Magdalena Witkiewicz, to tylko niewielka część tych, których lubię czytać! Raczej wybieram książki, które pozwalają mi się zrelaksować i „odpłynąć” do świata,
w którym wszystko zawsze dobrze się kończy. Sporadycznie sięgam po trudniejszą tematykę. Ostatnio rozkochałam się też w gatunku young adult. Ale dla kontrastu równie często czytam poradniki psychologiczne i pedagogiczne.

Zatrzymajmy się na chwilę przy young adult – dlaczego właśnie ten gatunek?

Sama się czasami nad tym zastanawiam. Chyba powinnam być już za stara na taką literaturę. Całe szczęście nie przejmuję się stereotypami i pozwalam sobie czerpać wielką radość z czytania tego gatunku. Niby kto ma czytać o kobietach, które są pewne siebie, doskonale znają swoje potrzeby seksualne i przezywają właśnie najlepsze przygody swojego życia, jeśli nie dorosła kobieta? Chyba lepiej, jeśli czyta o tym 30-latka, która już wie, że idealny facet to utopia. Nastolatkom mogłoby to jeszcze wypaczyć światopogląd i biedne szukałyby później takiego Greya (Pięćdziesiąt twarzy Greya), Crossa (seria autorstwa Sylvii Day), czy Hardina (seria After) na życie.
Mi te książki robią dobrze na duszę. Chętnie poczytam o bogach seksu, niezwykle bogatych, pięknych i cudownych facetach, którzy w każdym calu są idealni. Poczytam, wzruszę ramionami
i wrócę do rzeczywistości z całkiem normalnym i prawdziwym facetem. A i on nie narzeka na to moje czytanie, bo z niektórych książek można przenieść całkiem ciekawe pomysły do własnej sypialni. Można by zaryzykować stwierdzeniem, że young adult potrafi odświeżać związki. Wiesz, że podobno po Greyu spokojne panie domu ruszyły szturmem do sex shopów? Czytanie jednak bywa niebezpieczne!

Czyli, podsumowując, przepadasz za książkami, które podgrzewają atmosferę. No to teraz
z drugiej strony – po jakie nie sięgnęłabyś za żadne skarby?

Szerokim łukiem omijam książki historyczne, niespecjalnie mnie też ciągnie do kryminałów. Jeśli są to kryminały z dobrym humorem w tle, takie jak pisze Olga Rudnicka, to czytam. Jednak opisy krwawych morderstw zdecydowanie nie są dla mnie. Ciężko mi się również zmusić do czytania książek poruszających trudne tematy – handel ludźmi, traktowanie kobiet w kulturze wschodniej itp. Wiem, że to są ważne kwestie, jednak poruszają we mnie zbyt wiele emocji i jeszcze nie nabrałam tyle odporności życiowej, żeby je czytać.

A Twoi synowie? Podzielają Twoją miłość do literatury?

Tak! Dużo czytamy, zwłaszcza jesienno-zimową porą. Nie przepadają co prawda za bardzo długimi treściami, które trzeba dzielić na kilka wieczorów, więc na poważniejszą literaturę dziecięcą jeszcze przyjdzie czas. Na razie najbardziej lubią wiersze Brzechwy (ostatnio również w wersji piosenek do słuchania), opowiadania o bohaterach ulubionych bajek (np. Kubuś Puchatek) i bajki typu Pinokio, Kot w butach itp. Mamy mnóstwo książek dla dzieci. Arek lubi sam tworzyć swoje opowiadania. Mikołaj natomiast uwielbia kartkować moje książki, bo podoba mu się ich dźwięk i zapach. Mam to samo… myślę więc, że to dobrze wróży!

Na koniec zapytam – którą książkę mogłabyś określić mianem najważniejszej w swoim dotychczasowym życiu?

Chyba musiałabym najpierw swoje życie podzielić na pewne etapy. Mając jakieś 10 lat przeczytałam Pollyannę Eleanor H. Porter i tę książkę do dzisiaj uważam za bardzo cenną i piękną. Myślę, że powinien przeczytać ją każdy, niezależnie od wieku. Dzięki niej zawsze próbuję szukać pozytywnych stron. Gdy byłam nastolatką, moim sercem wstrząsnęła Samotność w sieci Janusza L. Wiśniewskiego. Zaznaczyłam w niej kilkadziesiąt cytatów. Czytając, przeżywałam własne rozterki miłosne i chociaż dzisiaj żyję we względnie spokojnym związku, to nadal uważam, że wrażliwość, którą miał w sobie ON, powinien mieć każdy mężczyzna. To by nam, kobietom, ułatwiło życie 😉
W okresie studiów byłam niepoprawnie zakochana w Rozważnej i romantycznej oraz Dumie
i uprzedzeniu
Jane Austen. Można powiedzieć, że książki te ukształtowały moje podejście do kobiecości. Natomiast platoniczna miłość do pana Darcy’ego została we mnie do dziś.
Ostatnio do grona ważnych książek dołączył Promyczek Kim Holden. Przepiękna opowieść o dziewczynie, która mimo ciężkiego życia i walki ze śmiertelną chorobą, potrafiła uszczęśliwiać ludzi wokół siebie. Wszystko co robiła sprawiało, że ludzie czuli się lepsi. Niesamowita dobroć, optymizm i godne naśladowania podejście do życia. Płakałam nad tą książką podczas czytania i kilka dni po jej odłożeniu na półkę. Często o niej myślę, bo wiem, że to nie tylko fikcja literacka, a prawdziwe emocje, sytuacja, która może spotkać każdą z nas. Dlatego z życia trzeba czerpać garściami i zawsze znajdować jego pozytywne strony. Jak widzisz, nie potrafię wskazać jednej książki! 

 

Amy Harmon – Prawo Mojżesza

Życie Mojżesza od samego początku nie było usłane różami. Jego matka narkomanka porzuciła go od razu po narodzinach, a lata jego młodości przetykane były różnego rodzaju problemami, dzięki którym chłopak zyskał reputację trudnego.

Jest też Georgia. Uwielbia konie i nie odpuszcza, dopóki coś jej się nie uda. A że lubi trudne przypadki, nie powinno dziwić, że Mojżesz, przystojny, lecz nieco przerażający i dziwaczny nastolatek, zafascynował ją niemal od pierwszej chwili.

A jednak relacja, jaką nawiązują ze sobą Mojżesz i Georgia, nie od początku maluje się na różowo. Mnóstwo tu wzajemnego niezrozumienia, emocjonalnego przepychania się i walki o to, które pierwsze ulegnie. Bo to, że któreś w końcu ulegnie i da się temu uczuciu porwać, jest przecież nieuniknione.
Tylko że cała ta historia jest w gruncie rzeczy bardzo smutna, ściskająca za gardło i wzbudzająca w czytelniku poczucie ogromnej niesprawiedliwości. Ponieważ Mojżesz widzi duchy zmarłych oraz ich wspomnienia, nie raz i nie dwa on i Georgia będą musieli stanąć przed trudnościami, które zaczną piętrzyć się przed nimi właśnie z tego powodu.

Powieść Amy Harmon ma w sobie dużo emocji, ale nie są to emocje z gatunku tych, które towarzyszą wielkim historiom. Prawo Mojżesza jest w porządku, choć bez fajerwerków. Ot, poprawna historia z niezłą fabułą, o której trudno się rozpisywać. Bywają lepsze.

Tytuł oryginału: The Law of Moses
Liczba stron: 360
Wydawnictwo: Editio

Ocena (1-10): 5 – przeciętna

Justyna Kopińska – Polska odwraca oczy

To jedna z tych książek, po przeczytaniu której masz ochotę wpełznąć do mysiej dziury, schować głowę w piasek lub zacząć rozglądać się wokół i pogwizdywać, udając że absolutnie nic złego się nie dzieje. To jedna z tych książek, które obnażają smutną, często brutalną i przerażającą rzeczywistość wielu ludzi – i to tych, których nigdy w życiu nie podejrzewalibyśmy o to, że w ich życiu może dziać się coś bardzo, bardzo złego.

„Polska odwraca oczy” autorstwa Justyna Kopińskiej, to zbiór reportaży, które już na samym wstępie, w pierwszych swoich zdaniach dotykają do żywego, wywołują mdłości i wyciskają łzy. Są tu teksty, które czyta się ze ściśniętym gardłem, uczuciem niedowierzania i rosnącej wściekłości – jak ten o oddziale szpitala psychiatrycznego dla nieletnich, w którym przez lata znęcano się nad chorymi pacjentami, upokarzano ich i gnębiono, albo ten, w którym żona Mariusza Trynkiewicza mówi, jak wrażliwym i lubiącym dzieci człowiekiem jest jej mąż.

Kopińska jako reportażystka jest fenomenalna. Odważnie obnaża nieprawidłowości, patologie i niesprawiedliwość, które momentami wydają się być czymś, z czym trudno jest walczyć. Ta jej tytułowa Polska, która odwraca oczy, to tak naprawdę my sami, którzy nie reagujemy, gdy dzieje się coś złego, bo się boimy, nie chcemy się wtrącać, bo „od tego są odpowiednie służby”. Tylko że bywa, że i te służby nie reagują lub mają związane ręce. To mocna i dosadna książka. W dodatku niełatwa, ale czasami po prostu nie ma innego wyjścia.

Liczba stron: 234
Wydawnictwo: Świat Książki

 
Ocena (1-10): 8 – rewelacyjna

Jennifer Niven – Wszystkie jasne miejsca

Dzień jak każdy inny. Ale tylko pozornie. Theodore stoi właśnie na gzymsie u szczytu szkolnej wieży i zastanawia się, jakby to było, gdyby skoczył i w ten sposób zakończył swoje nędzne życie. Tak po prostu ma. Śmierć go fascynuje, przyciąga i od dawna już zaprząta jego myśli. Wszystko jest nie tak, jak być powinno, a pojawiające się niczym fale okresy depresji, która całkowicie go pochłania, męczą go na tyle, że nie jest sobie w stanie z nimi poradzić. 

Lecz kiedy tak stoi na wieży, rozmyślając o swojej własnej śmierci, zauważa, że po drugiej stronie wieży, również na gzymsie, stoi dziewczyna. Zdezorientowany Theodore zaczyna do niej mówić, o byle czym, byle tylko odwrócić jej uwagę, w końcu mówi jej, że ma przełożyć nogę przez barierkę i stanąć w bezpiecznym miejscu. Po chwili z gzymsu schodzi i on, i tak wszystko się zaczyna.

Violet, bo tak ma na imię dziewczyna z wieży, cierpi po stracie siostry, która zginęła w wypadku samochodowym, w którym obie uczestniczyły. Violet przeżyła, lecz rozpacz i ból stały się jej nieodłącznymi towarzyszami. Ją i Theodore’a łączy zatem więcej niż mogłoby się wydawać i może właśnie dlatego ich relacja rozwija się i nabiera głębi. Wydaje się, że oboje rozkwitają – Violet pozwoli zaczyna zrzucać pancerz, który włożyła na siebie po śmierci siostry, a Theodore po raz pierwszy w życiu czuje, że jego życie nabiera sensu.

Wszystkie jasne miejsca autorstwa Jennifer Niven podejmuje temat samobójstwa, szczególnie trudny ze względu na fakt, że w ten konkretnej powieści dotyczy on nastolatków. Temat ten jest niezwykle istotny, zwłaszcza że według danych Światowej Organizacji Zdrowia samobójstwo stało się drugą najczęstszą przyczyną śmierci wśród osób w wieku 15-29 lat*. Niven w bardzo obrazowy sposób opowiada o tym, jak czują się Violet i Theodore, o tym, co ich męczy, złości, irytuje, doprowadza do szału i sprawia, że nie mają ochoty zupełnie na nic. W tym tunelu pojawia się jednak światło, bo oboje, mniej lub bardziej świadomie pomagają sobie nawzajem.

Niven udało się napisać bardzo dobrą powieść dla młodzieży, poruszającą i pouczającą jednocześnie. Taką, która uczy czytelnika bycia wyczulonym na wszelkie niepokojące sygnały płynące od jego znajomych i innych bliskich mu osób. No i przy okazji, czego nie można oczywiście pominąć, to po prostu bardzo dobrze napisana historia, którą czyta się doświadczając całego wachlarza emocji.

*http://www.who.int/mental_health/prevention/suicide/suicideprevent/en/

Tytuł oryginału: All the bright places
Liczba stron: 424
Wydawnictwo: Myślnik

Ocena (1-10): 8 – rewelacyjna

Jon Krakauer – Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija

Mormoni, obok amiszów i chasydów, to jedna z najbardziej fascynujących mnie grup wyznaniowych. Specyficzni, tajemniczy i w naszym kraju słabo znani, w dodatku nieco mylnie kojarzący się przede wszystkim z wielożeństwem.

Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija znakomitego amerykańskiego alpinisty, dziennikarza i pisarza Jona Krakauera jest książką, która w ciągu zaledwie paru godzin pozbawiła mnie wszelkich złudzeń. Jeżeli nawet przez chwilę myślałam, że sformułowanie o wierze, która zabija, jest tylko celowym zabiegiem autora, nie mającym zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością, zostałam bardzo szybko wyprowadzona z błędu i nie było to zbyt miłe doświadczenie.

Na świecie nie brakuje szaleńców, którzy przekonani o tym, że Bóg do nich przemawia, dopuszczają się ohydnych, niegodziwych, często wręcz brutalnych czynów. Są wśród nich przedstawiciele najróżniejszych wyznań, nie tylko islamu, który w ostatnich miesiącach i latach przez wielu obwiniany jest o całe zło tego świata. Krakauer w swojej książce pochylił się nad problematyką wyznawców mormonizmu, którzy po swojemu interpretując pewne kwestie, zapędzili się w swoich poczynaniach i dopuścili się aktów, które w ogóle nie powinny mieć miejsca. Pod sztandarem nieba mówi więc na przykład o wielożeństwie, które wciąż praktykuje wielu mormonów*. Krakauer wyraźnie sygnalizuje też, że nierzadkie były i wciąż bywają sytuacje, w których niepełnoletnie dziewczynki, w praktyce jeszcze dzieci, oddawane były za żony dla samozwańczych proroków. A to zaledwie kropla w morzu, w którym gęsto też od morderstw popełnianych na członkach kościoła „w imię Boga”, w karze za na przykład nieposłuszeństwo.

Książka ta pełna jest podobnych, mrożących krew w żyłach, szokujących przykładów. Nie można jednak automatycznie zakładać, że stanowią one regułę. To wciąż jest margines, wyjątki niechlubnie wybijające się spośród całej reszty spokojnych, normalnie żyjących wiernych. Ale może właśnie dlatego sprawiają, że tę książkę czyta się z takim zainteresowaniem.

* Oficjalny Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich zakazuje poligamii i ekskomunikuje swoich członków, którzy się jej dopuszczają – gromadzą się oni w FLDS, czyli Fundamentalnym Kościele Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, w którym poligamii nie zarzucono.

Tytuł oryginału: Under the Banner of Heaven: A Story of Violent Faith
Liczba stron: 392
Wydawnictwo: Czarne

Ocena (1-10): 7 – bardzo dobra

Za książkę dziękuję Internetowej Księgarni BookMaster

Katy Evans – Mine

„Real” Katy Evans rozgrzała mnie do czerwoności. „Mine”, druga część tej historii, również. No bo co tu dużo mówić – seksowny, czuły i piękny jak sam diabeł bokser może poruszyć czułą strunę każdej kobiety, a ja na samą myśl topiłam się jak masło na rozgrzanej patelni.

Żeby być całkiem szczerą – „Real” i „Mine” to jedne z tych książek, na które niektórzy czytelnicy spojrzą pogardliwie i skierują wzrok w inną stronę, a cała reszta utonie w zachwycie. A ponieważ w tym właśnie momencie czytacie moje słowa, możecie śmiało zakwalifikować mnie do tej drugiej grupy.

Krążę wokół tego tekstu i krążę, zastanawiając się, jak i z której strony go właściwie ugryźć, żeby nie popsuć komuś radości czytania jakimś okropnym spoilerem. Wszystko, co przychodzi mi do głowy, brzmi niebezpiecznie, ale nie podaruję sobie, wybaczcie. Kto się boi, ten może śmiało podarować sobie dalszą część niniejszej opinii. Bye, bye!

Zatem do dzieła: Brooke i Remy znów podróżują wspólnie – on ponownie staje na ringu, ona ponownie zostaje jego fizjoterapeutką. Do czasu, w którym Brooke zachodzi w ciążę, a ciąża okazuje się być zagrożona. I tu się zatrzymam, bo oto na wierzch wyłania się największa głupota tej skądinąd naprawdę fajnej książki. Otóż Brooke, mimo tego, że zgodnie z informacjami pojawiającymi się w książce, w pierwszym trymestrze jest zagrożona poronieniem (o czym mówi jej TRZECH niezależnych ginekologów!) i absolutnie NIE WOLNO jej uprawiać seksu, beztrosko oddaje się masturbacji, zabawiając się z Remingtonem w sekstelefon. Daleko mi do wiedzy ginekologa, ale zdrowy rozsądek i literatura podpowiadają, że jeśli kobieta jest w pierwszym trymestrze zagrożonej ciąży, krwawi i generalnie nie jest zbyt wesoło, ostatnią rzeczą, o której powinna w tym momencie myśleć, są skurcze pochwy i dna macicy wywoływane przez orgazm. Jeśli więc o ten fragment chodzi, jest kicha na maksa. Nie wiem, czy Evans w ogóle zdawała sobie z tego sprawę – jeśli nie, to kiepsko.

Nie wpływa to jednak na fakt, że „Mine”, tak samo jak „Real”, czyta się rewelacyjnie, na jednym wdechu i niecierpliwie. Historie miłości takiej jak ta, która połączyła Brooke i Remy’ego są po prostu cudne. Wyidelizowane, może banalne, może pasują bardziej do wchodzącej w dorosłość studentki niż dziewczyny, której blisko już do trzydziestki, ale i tak mam z nich olbrzymią frajdę. I cholernie mnie to cieszy.

Tytuł oryginału: Mine
Liczba stron: 450
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc

Ocena (1-10): 7/10 – bardzo dobra

  

Za książkę dziękuję Księgarni Internetowej BookMaster


Mia Sheridan – Eden. Nowy początek

Wyobraź sobie, że Twoje życie to niekończące się pasmo trudności. Że kiedy tylko wydaje się, że idzie ku lepszemu, nagle dzieje się coś, co obraca wszystko w gruzy. Że kochasz kogoś tak, że to aż boli, a ten ktoś nagle ginie, a Ty zostajesz sam… 

Eden i Calder zostają rozdzieleni. On myśli, że Eden utonęła w powodzi wywołanej przez psychopatycznego przywódcę apokaliptycznej sekty, ona zaś jest przekonana, że to Calder nie przeżył. Oboje próbują odnaleźć się w nowej dla nich rzeczywistości, w świecie, którego wcześniej nie znali, ponieważ całe swoje dzieciństwo i lata nastoletnie spędzili w odgrodzonej od współczesności sekcie. Oboje mają też złamane serca, lecz każde z nich, na swój własny sposób próbuje na nowo ułożyć sobie życie.
Tylko że wiecie, Eden i Calder są sobie przeznaczeni. Wiadomym jest, że prędzej czy później znowu na siebie trafią, a to jest jedna z tych książek, która po prostu muszą skończyć się szczęśliwie, bo czytelnik tego właśnie chce.

Eden. Nowy początek to powieść, w której pokładałam duże nadzieje. Po całkiem niezłej pierwszej części tej historii (Calder. Narodziny odwagi) podejrzewałam, że w historii Eden i Caldera stanie się coś, co mnie zdziwi, poruszy lub zwyczajnie bardzo mile zaskoczy. Tymczasem zabrakło mi tu elementu wow, takiego, którego zupełnie bym się nie spodziewała. Właśnie na tę nieprzewidywalność bardzo mocno liczyłam, bo nawet jeżeli całą sobą czułam, jak skończy się ta historia, ciekawie byłoby, gdyby po drodze stało się coś, co wytrąciłoby mnie z równowagi i zaskoczyło. Ja natomiast dostałam do ręki powieść, która jest taka, jak można się było po niej spodziewać. Jest pięknie, ładnie i kolorowo, miło aż do przesady, co przecież nie stanowi wady, w końcu wszyscy lubimy, gdy amor vincit omnia. Ale czy na pewno nie można było trochę inaczej?

Tytuł oryginału: Finding Eden
Liczba stron: 287
Wydawnictwo: Septem

Ocena (1-10): 6 – dobra 

Alexandra Burt – Gdzie jest Mia?

Coś jest nie tak. Coś jest BARDZO nie tak. Wszystko ją boli, a dźwięki wokół niej są dziwnie stłumione. Kiedy Estelle Paradise budzi się, uświadamia sobie, że znajduje się w szpitalu. A to dopiero pierwszy szok. Drugi, ten gorszy, przychodzi, gdy Estelle uświadamia sobie, że jej siedmiomiesięczna córka zaginęła i że nie wiadomo, co tak naprawdę się z nią stało. A może… może to właśnie ona zrobiła jej krzywdę? 

Kiedy dziecko znika, zdarza się, że jednymi z głównych podejrzanych stają się rodzice. Doświadczenie pokazuje, że nie dzieje się to bez przyczyny, a w przypadku Estelle na jej niekorzyść przemawia bardzo wiele.
Bo nie radziła sobie z opieką nad dzieckiem.
Bo nie potrafiła uspokoić swojej często płaczącej córki i zdarzało się wręcz, że na ten płacz nie reagowała.
Bo brakowało jej wsparcia ze strony męża.
Przyczyny można mnożyć. Nic więc zaskakującego w tym, że po zniknięciu malutkiej Mii Estelle staje się główną podejrzaną. Bardzo wygodne wydaje się też być to, że kobieta twierdzi, iż niczego nie pamięta. Idealna pożywka dla mediów, wymarzona. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że w szpitalu psychiatrycznym Estelle trafia na lekarza, który naprawdę stara się jej pomóc. Tylko czy przyniesie to oczekiwane skutki?

Książka Alexandry Burt okazała się być emocjonującą lekturą, dotykającą moich najgłębiej ukrytych matczynych strachów. W dodatku, dzięki postaci Estelle autorka pokazała, z jakimi problemami borykają się często młode matki. Poczucie osamotnienia, przygnębienie, brak dostatecznej pewności siebie i bezradność. Alexandra Burt jest kolejną pisarką, która stworzoną przez siebie historią udowodniła, że urodzenie dziecka nie sprawia automatycznie, że kobieta wchodzi do pastelowego świata wiecznej macierzyńskiej szczęśliwości. Że pierwsze tygodnie, a nawet miesiące po porodzie, mogą być czasem zmęczenia, potu i łez i nie ma wówczas nic ważniejszego niż wsparcie najbliższych, a często i pomoc specjalisty. Właśnie ta kwestia w moim odczuciu zepchnęła na dalszy plan problem uprowadzenia tytułowej Mii, wokół której kręci się cała fabuła książki. I choć nie jest to jedna z najbardziej porażających powieści, jakie czytałam, to wciąż całkiem niezła i trzymająca w napięciu lektura.

Tytuł oryginału: Remember Mia
Liczba stron: 418
Wydawnictwo: Świat Książki

Ocena (1-10): 6 – dobra
 

#SUMMER LOVIN’ BOOK TAG

Lato niby jest, a jakby wcale go nie było. W dni takie jak ten dzisiejszy, moje myśli wędrują ku chwilom pełnym słońca, ku błękitnemu niebu i ciepłej bryzie znad Zatoki, czyli wszystkiemu, o czym marzę, a czego złośliwie nie chce mi dać pogoda.

Ale ja mam lato, środek lipca, no ludzie kochani, jeśli pogoda nie współpracuje, to zamierzam ją zignorować. Gorąco zapraszam na #SUMMER LOVIN’ BOOK TAG, do którego zaprosiła mnie Olga z Wielkiego Buka.

1. Początek lata, czyli książka, która przyciąga uwagę już od pierwszego zdania
Matthew Quick – Prawie jak gwiazda rocka

Leżę na ostatnim siedzeniu szkolnego autobusu 161 i dygoczę, pod czujnym spojrzeniem
supersłodkiego małego psiaka – no wiem, zachowuję się jak stuprocentowa dziewczyna.
– Tak rozpoczyna się słodko-gorzka powieść o nastolatce, której życie zdecydowanie nie oszczędzało i nie dawało jej powodów do zadowolenia. I niech was nie zwiodą pozory – Amber to jedna z najcudowniejszych bohaterek powieści młodzieżowych.  

2. Za gorąco, żeby wychodzić, czyli książka idealna, by zaczytać się w czterech ścianach

Jojo Moyes – Zanim się pojawiłeś

Powieść Jojo Moyes zdecydowanie nie nadaje się do czytania poza domem, chyba że jako czytelnik masz ochotę zasmarkać się po kolana i ukazać światu swoje zapłakane oczy. Jeśli tak, to spoko. Jeśli nie, usiądź na tyłku i nie wychodź z domu, dopóki jej nie przeczytasz.  

3. Letnia wycieczka samochodowa, czyli książka idealna na wyjazd
Jack Kerouac – W drodze

Klasyk. Jedna z tych powieści, które bardzo długo znajdowały się na mojej liście do przeczytania. Bałam się po nią sięgnąć, bo obawiałam się, że jej nie zrozumiem, że nie przypadnie mi do gustu, że uznam ją za jeden wielki, przereklamowany bełkot. A jednak nie doceniłam Kerouaca. W drodze jest powieścią, dzięki której obudził się mój wewnętrzny wędrowiec. Chciałoby się tak jak on, ruszyć w drogę, i niech będzie, co ma być.

4. Mrożone herbaciane pyszności, czyli książka z zimną scenerią
S.K. Tremayne – Bliźnięta z lodu


Wyśmienity thriller w chłodnym klimacie z wyspą w tle, gdzie wszystko kręci się wokół nieszczęśliwej śmierci jednej z tytułowych bliźniaczek i niepokojącego zachowania drugiej. Ciarki biegną po plecach jak spuszczone ze smyczy psy – jest nieźle i chwilami naprawdę przerażająco.   

5. Słoneczne poparzenie, czyli książka, która zawiodła Cię w tym roku
Scott Sigler – Infekcja

Infekcja miała być książką, która zmiecie mnie z powierzchni ziemi i podsyci moje obawy związane z gigantyczną pandemią, czyli czymś, co znajduje się w TOP 5 moich największych strachów. Zamiast tego spotkało mnie olbrzymie rozczarowanie, a samą książkę przeczytałam chyba tylko dla własnego świętego spokoju. 3/10 – nie polecam.

6. Upalne czytadła, czyli jedna z najlepszych Twoich książek tego roku

Donna Tartt – Tajemnicza historia

Cudna, po prostu cudna! Pierwsza od niepamiętnych czasów, której z czystym sumieniem wystawiłam tłuściutką dyszkę. W styczniu pisałam o niej: „W tym tygodniu zaczynam od Tajemnej historii Donny Tartt. Nie powinno być źle, ale jak dobrze będzie? Jeszcze nie podejrzewam, że dwadzieścia cztery godziny później będę marzyła o tym, żeby autobus jechał jak najdłużej. Że śledzenie losów Richarda Papena będą dla mnie najważniejszym elementem każdego poranka i każdego popołudnia, czyli tych chwil, które spędzam w zatłoczonych i nie zawsze wystarczająco ogrzewanych autobusach.
A niech to.”
WYŚMIENITA lektura.

Do dalszej zabawy nominuję Kasię z bloga Z pasją o dobrych książkach i Karolinę z bloga Tanayah Czyta.

Mia Sheridan – Calder. Narodziny odwagi

Jak musi czuć się ośmioletnia dziewczynka, której rodzice giną, a ona sama zostaje zabrana przez nieznajomego mężczyznę gdzieś daleko, do całkowicie odciętej od świata osady? 
Jak musi czuć się ta sama dziewczynka, gdy dowiaduje się, że w momencie, gdy ukończy osiemnaście lat, będzie musiała wyjść za mąż za swojego opiekuna, będącego jednocześnie przywódcą sekty? 

Mia Sheridan w książce Calder. Narodziny odwagi porusza temat, który w literaturze nie pojawia się zbyt często – jej bohaterowie są bowiem członkami apokaliptycznej sekty, której przewodzi charyzmatyczny Hektor. Młoda Eden, jako przyszła żona Hektora, żyje w zupełnie innych warunkach niż pozostali członkowie sekty. Choć w porównaniu do nich otaczają ją luksusy, tak naprawdę zamknięta jest w złotej klatce, w której do roboty ma niewiele poza przygotowywaniem się do jej przyszłej roli żony. Nic więc dziwnego, że Eden spragniona jest towarzystwa rówieśników – zwłaszcza Caldera, który zafascynował ją od pierwszego spojrzenia, gdy po raz pierwszy ujrzała go kilka lat wcześniej.

Calder natomiast jest jednym z tych członków sekty, którzy urodzili się już wewnątrz jej murów. O współczesnym nam świecie wie niewiele – tyle tylko, ile zdarzyło mu się od kogoś usłyszeć lub zobaczyć przypadkiem. Nie ma pojęcia o tym, co dzieje się poza społecznością, w której żyje, ale kiedy udaje mu się zbliżyć do Eden i zaczyna łączyć go z nią coś więcej niż tylko zwyczajne koleżeństwo, powoli budzi się w nim bunt przeciwko otaczającej go rzeczywistości. Może skończyć się to albo bardzo źle, albo bardzo dobrze. Pytanie brzmi – jak będzie?

Calder. Narodziny odwagi to kolejna niezła powieść z gatunku new adult, którą przeczytałam i która zdecydowanie przypadła mi do gustu. Jest w tych książkach coś takiego, również w tych autorstwa Mii Sheridan, że czyta mi się je z poczuciem wewnętrznej lekkości i ogromnej, dziecięcej wręcz frajdy. Może to ta „młoda” część mnie, która nigdy do końca nie zniknęła? Ta sama, która ekscytuje się kupowanymi dla syna autkami z serii Cars i Kevinem w Boże Narodzenie? Jakkolwiek by nie było, faktem jest, że Caldera… czytało mi się naprawdę nieźle. To zawsze fajne, gdy jako czytelnik mogę obserwować, jak budzi się miłość i jak zakochani w sobie ludzie stają twarzą w twarz z rzeczywistością, która czasami kopie mocniej niż Lewandowski. A tutaj rzeczywistość była gorzka i bohaterowie po tyłkach dostali porządnie. Więc jak, brzmi kusząco?

Tytuł oryginału: Becoming Calder
Liczba stron: 286
Wydawnictwo: Septem

Ocena (1-10): 6 – dobra