Pani jest żoną?

– Ooo! – wykrzykuje na nasz widok, uśmiechając się szeroko. Otwiera drzwi, wchodzimy. Patrzy na mnie, nic nie mówi. 
– Cześć, babciu – ściskam ją mocno i całuję w policzek. Słyszę, że chichocze, oddając uścisk. – A to mój syn, twój prawnuczek, Mateusz.
Patrzy na Buddę i znów się uśmiecha. 
– Dzień dobry panu. Jaki przystojny! Dzień dobry, dzień dobry, chodź! 

Budda zagląda w każdy kąt, a ona siada w fotelu, zerkając na ciekawe nowego miejsca dziecko. Obserwuję ją. Przez ostatnie cztery lata wiele się zmieniło. Cztery lata temu już przy wejściu zaczęłaby mi opowiadać wszystkie osiedlowe plotki. Że ta zza ściany, z dzieckiem wychodzi już o ósmej, w taki ziąb! Nic dziwnego, że ta mała wiecznie chora!, a syn tej z drugiego wyjechał za granicę, bo dostał tam dobrze płatną pracę. Że była na targu i spotkała Helenę, Agnieszka, ona ma dziewięćdziesiąt pięć lat, a umysł świeży. I że bolą ją biodra. Cztery lata temu po raz nie wiadomo który poprosiłabym, żeby opowiedziała, jak poznała dziadka. 
Wiesz, uczyłam się wtedy stenografii, jechałam z koleżankami na zajęcia. Zbyszek z kolegą stali na peronie i bardzo się przed nami popisywali. Zapytał, gdzie mieszkam. „Koniec języka za przewodnika” – powiedziałam. I on mnie w końcu znalazł. Siedziałam wtedy na drzewie przed domem, brudna cała, jadłam wiśnie, a tu widzę, że on idzie, taki piękny, wysoki. Uciekłam do domu i „nie ma mnie, mamo, powiedz mu, że mnie nie ma”. Tak się wstydziłam. A potem wyszłam za mąż. Gdy się Zbyszek dowiedział, napisał mi w liście, że chciał się z rozpaczy zastrzelić. Nie odpisywałam mu wtedy na te listy, robiła to za mnie koleżanka. Ale on zawsze był gdzieś obok. Kiedyś, na jakimś weselu, spotkaliśmy się przez przypadek. Grał tam w zespole. Zatańczyliśmy. Był wytrwały, oj wytrwały. Gdy rozstałam się z mężem, po pewnym czasie dałam Zbyszkowi szansę. I tak to właśnie było. 
– Pani jest żoną? – pyta, zerkając na mojego tatę, a ja zamieram. 
– Nie, babciu, nie jestem żoną, jestem jego córką. To jest twój syn, a ja jestem twoją wnuczką. 
– Wnuczką? Nie… nie wiem, nie pamiętam – smutnieje. Budda podchodzi do niej i daje jej kluczyk, który wyjął z zamka w szafie. 
– Dziękuję, bardzo dziękuję – ale jego już nie ma, pobiegł dalej, odkrywca. 
– On zawsze taki? – pyta, po raz kolejny w ciągu ostatnich dziesięciu minut. 
– Tak, babciu, zawsze. Ma dużo energii, wszystko jest dla niego nowe, wszystko chce zobaczyć i poznać. 
Mówię jakby do ściany. Nie wiem, czy w ogóle mnie słyszy, a jeśli słyszy, prawie na pewno nie słucha. A nawet jeśli słucha… i tak nie rozumie. Jest tak, jakbym straciła cząstkę siebie. Nie jestem już dla niej Agnieszką, która przez całe lata odwiedzała ją kilka razy w tygodniu. Która robiła z nią zakupy i wiedziała, w którym miejscu na targu są najsmaczniejsze ciastka, a który z sąsiadów jest jej ulubionym. Nie jestem już wnuczką, która robiła jej trwałą, nieudolnie, nie dość dobrze, lecz regularnie, bo mnie o to prosiła. Nie jestem też tą, która dostawała regularny ochrzan za niewyparzony, młodzieńczy język.
Widzę, że znów na mnie patrzy. Uśmiechamy się do siebie. 
– Pani jest żoną? 
Znajdziesz mnie:
– na Facebooku (profil prywatny / fanpage)

Dodaj komentarz