Simon Beckett – Zimne ognie

Pamiętam to jak dziś. Zimno, deszcz lub deszcz ze śniegiem, a dziewiętnastoletnia ja siedzę w autobusie linii 808, jadę na uczelnię i czytam Chemię śmierci. W tamtych czasach, dziesięć lat temu, był to absolutny fenomen. Okładka, pierwsze zdania, mówiące o tym, co dzieje się z ciałem człowieka tuż po jego śmierci… wystarczyło, żeby wywołać u potencjalnego czytelnika gęsią skórkę.

Nie mogłam się oprzeć tej książce, zresztą podobnie jak każdej kolejnej pióra Simona Becketta. I choć po Chemii śmierci żadna z jego powieści nie zrobiła na mnie tak ogromnego wrażenia, miło było do niego wracać. Również teraz, po kilku latach, gdy w 2016 roku w Polsce ukazała się pierwsza, uwspółcześniona powieść Becketta, Zimne ognie.

I jak? Szał? Ekscytacja? Ciarki na plecach? I tak, i nie. Sama historia według mnie jest bardzo w porządku, intrygująca i ciekawa. Mamy oto bowiem trzydziestokilkuletnią Kate, właścicielkę nieźle prosperującej agencji PR, która nieśmiało marzy o dziecku, a jednak na horyzoncie brak jej mężczyzny, z którym mogłaby założyć rodzinę. Kiedy w końcu podejmuje decyzję o sztucznym zapłodnieniu, postanawia starannie wybrać potencjalnego dawcę nasienia i decyduje się na zamieszczenie stosownych ogłoszeń w kilku czasopismach. Wybiera magazyny branżowe, przeznaczone dla konkretnych odbiorców, chcąc zmarginalizować ryzyko, że na jej ogłoszenie odpowie ktoś niewłaściwy. W ten oto sposób trafia na Alexa, psychologa klinicznego, odrobinę nieśmiałego i nieco wycofanego, a jednak zdecydowanego jej pomóc. Żadne z nich nie przewidziało natomiast, że ich „biznesowa” relacja przerodzi się w coś trwalszego, więc gdy Kate udaje się zajść w ciążę, w pierwszej kolejności pragnie podzielić się swoim szczęściem właśnie z Alexem. Problem w tym, że Alex nagle znika i jest zupełnie tak, jakby rozpłynął się we mgle. I właśnie wtedy rozpętuje się piekło.

Wiecie, jaki największy problem miałam z tą książką? Że byłam przekonana, że jest do bólu przewidywalna. Że można było oczekiwać, że Alex nie okaże się być facetem utkanym z marzeń, snów i oczekiwań, tylko zwichrowanym dupkiem (mimo że już na samym początku powieści dostajemy niemal „do ręki” byłego chłopaka Kate, będącego modelowym wręcz villainem, co mogłoby dawać nam jakieś pojęcie o tym, kto faktycznie będzie tym złym). I już w momencie, gdy Kate „prześwietlała” Alexa i upewniała się, że jest tym, za kogo się podaje, ja byłam pewna, że koleś musi mieć jakieś trupy w szafie, w końcu to thriller, a nie bajka o jednorożcach. A jednak udało mu się uśpić moją czujność na tyle, że w pewnym momencie poczułam się naprawdę zaskoczona. W swoich podejrzeniach ograniczyłam się tylko do tego, co było dla mnie aż nazbyt oczywiste, a okazało się, że w głębi kryje się znacznie więcej. I że jest to naprawdę dobre.

Tytuł oryginału: Where there’s smoke
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Czarna Owca

Ocena (1-10): 7 – bardzo dobra

Dodaj komentarz