To nie będzie dobry dzień

Są takie dni, i ostatnio zdarzają mi się one niepokojąco często, że już o poranku wiem, że będzie słabo. Zaczyna się na przykład mokrym prześcieradłem świadczącym o tym, że komuś się przelało w pampersie. Albo gdy budzę się z powodu smrodu, bo mi pies chwilę wcześniej trzasnął bąka tuż obok głowy. Generalnie wstaję i albo wybuchnę, albo… nie no, nie ma alternatywy. 

Potem jest zwykle tak, że muszę oblecieć internet, sprawdzić wszystkie maile, wywalić spam o erekcji i magicznych sposobach na odchudzanie, i szrajbnąć coś do pracy. Świetnie, jeśli od razu wyjdzie jak trzeba. Gorzej, jeśli okaże się, że analfabeta napisałby lepiej. Wtedy wolałabym być kimś innym. 
Jeśli dzień z gatunku dodupnych wypada w sobotę, kolejka do sklepu z nabiałem liczy przynajmniej dwanaście osób, przy stoisku z mięsem brakuje cielęcych żeberek, a w piekarni ktoś przede mną kupuje ostatni bochenek ciemnego chleba ze słonecznikiem.
Przy kiepskim dniu jest prawie pewne, że coś ze śniadania upadnie mi na podłogę, a później wcale nie będzie lepiej. Dzisiaj – Panie, to był moment! – pół serka wiejskiego wylądowało mi na parkiecie, więc był wielki smutek i burczący brzuch dwa razy wcześniej niż zwykle. Później popsułam naleśniki. Już przy pierwszym wiedziałam, że będzie słabo, ale dzielnie smażyłam dalej. Gluty takie, fuj, co mnie w ogóle podkusiło, żeby naleśniki zrobić, skoro nawet niespecjalnie lubię. 
I te dni, co to od rana o nich wiadomo, że wcale nie będą dobre, ciągną się, ciągną i ciągną jak guma od majtek i nie chcą skończyć. Pech biegnie za pechem i pecha pogania, dziecko jęczy, chłop marudzi, pies bąki sadzi, teksty nie wychodzą, czytać się nie chce, obiad niedobry, na wadze ciut za dużo, włosy jak piorun w rabarbar, generalnie nieogar, a idźże dniu w cholerę, niech się stanie jutro.

Dodaj komentarz