Trochę brrr, czyli Stephen King – Przebudzenie

Wiele lat minęło od mojego pierwszego spotkania z Kingiem i od samego początku jestem z nim w love hate relationship. Raz go uwielbiam, raz rzucam nim o ścianę. Raz tęsknię, raz zapominam, że w ogóle istnieje. Teraz… teraz sama nie wiem. 
Na Przebudzenie miałam ochotę olbrzymią. Po średnim w moim odczuciu Joylandzie i całkiem dobrym Panu Mercedesie (Doktor Sen wciąż nietknięty, bo jest kontynuacją Lśnienia, którego również nie przeczytałam), czekałam na przełom. Pomyślałam sobie, że byłoby cudownie, gdyby Przebudzenie okazało się równie dobre, jak Dallas ’63. Dobrego dla mnie, bo rzecz jasna to, co kto uważa za dobre, jest kwestią gustu. I powiem szczerze… fajerwerków nie było. 
Przebudzenie to historia chłopca, Jamiego Mortona, który dorasta i staje się mężczyzną, wchodzi na nie do końca dobrą ścieżkę i któremu przez większą część życia towarzyszy, jak on ją nazywa – piąta osoba jego dramatu. Osobą tą jest Charles Jacobs, pastor, człowiek wielce zafascynowany elektrycznością, który traktuje ją wręcz jak wiedzę tajemną i magiczną. Kiedy żona i synek Jacobsa giną w wypadku, on sam wyjeżdża z Castle Rock, lecz losy jego i Jamiego splatają się raz za razem.

W Przebudzeniu wiele było elementów, które łączyły jego fabułę z historiami znanymi z innych powieści Kinga, na przykład z Joylandem. Tutaj było mrocznie i złowróżbnie, wciąż towarzyszyło mi poczucie niepokoju (to akurat u Kinga nic nadzwyczajnego) i pragnienie, by tę powieść skończyć jak najszybciej, odłożyć ją na półkę i otrząsnąć się z nieprzyjemnych wrażeń. To jednak wcale nie oznacza, że Przebudzenie jest złe. Jako powieść wypada całkiem nieźle, choć jako powieść Kinga jest jedną ze słabszych, jakie do tej pory czytałam. Prawie wszystko kręci się tu wokół śmierci, koszmarów i obłędu, czyli tematów mocno nieprzyjemnych (znów, jak to u Kinga bywa) i mam wrażenie, że nawet nazwisko głównego bohatera (mort w języku francuskim oznacza śmierć) nawiązuje do tematyki książki, to jednak tylko moje spostrzeżenie, które może mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością i zamysłem autora.
Na pewno nie jest to powieść, do której wróciłabym ponownie, choć oczywiście miłośnicy twórczości Kinga i tak po nią sięgną. Gdyby było to moje pierwsze spotkanie z jego pisarstwem, jest szansa, że po Przebudzeniu nie zaryzykowałabym przeczytania poprzednich jego książek, ale ponieważ moja relacja z nim jest taka, jak wspomniałam na początku, Przebudzenie wyrzucam z głowy i niecierpliwie czekam na kolejne książki.

Tytuł oryginału: Revival
Ilość stron: 536
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): 6 – dobra

Dodaj komentarz