Wrzesień z Jane Austen #1 Duma i uprzedzenie

Gdy myślę nad tym, w jakim świecie przyszło nam żyć, łapię się za głowę i dziwię. Bo niby mamy wszystko. Smartfony, tablety, gadające lodówki (nie wiem czy faktycznie istnieją, ale strzelam, że owszem) i inteligentne kible rozbrzmiewające dźwiękami Mozarta do akompaniamentu jęków wydobywających się z gardła osoby cierpiącej na zaparcie. Rozluźniły nam się też obyczaje, nastolatki badają sobie nawzajem migdałki jadąc zatłoczonym tramwajem w godzinach szczytu, publicznie mówimy i słuchamy o pieprzeniu i waleniu (to najłagodniejsze określenia!), i właściwie niewiele jest już w stanie nas zgorszyć. 

I wiecie, choć cała ta współczesna obyczajowość pod pewnymi względami wcale nie jest zła (pomijając wspomniane powyżej przypadki zwyczajnie wulgarne i nieprzyzwoite), z niejaką tęsknotą i smutkiem myślę, że przełom osiemnastego i dziewiętnastego wieku to czas, do którego chętnie wybrałabym się z dr. Emmetem Brownem w jego DeLoreanie, jeśli kumacie, jaki film mam tu na myśli. 
Mamy dziś pierwszy dzień września, a to oznacza, że rozpoczynam na blogu cykl wpisów poświęconych twórczości Jane Austen. Mocno liczę na to, że przypadnie do gustu tym, którzy darzą ją sympatią i tym, którzy jeszcze jej nie poznali; być może po moich postach nabiorą na to ochoty.

Duma i uprzedzenie (2005) – naprawdę wolę tę wersję (Matthew!!!)

Powiedzieć, że Duma i uprzedzenie to klasyka powieści kobiecej i książka, która podbiła serca wielu pokoleń kobiet, to truizm nad truizmy, jednak jakoś zacząć muszę. Ta książka – i teraz mówię całkiem serio – powinna być wręczana każdej trzynastolatce. Tak na przyszłość, żeby wiedziała, co niegdyś kobietom wypadało, a czego nie. A nie wypadało na przykład siadać na kolanach nowo poznanemu jegomościowi. Albo iść z nim w ślinę po dwudziestu minutach znajomości. A już na pewno nikomu nie przeszłoby nawet przez myśl (wierzę w to bardzo mocno, choć po lekturze dzieł de Sade stwierdzam, że moje nadzieje mogą być próżne), że kobieta mogłaby robić to, co Nicki Minaj w swoim najnowszym teledysku, i śpiewać przy tym, że on kocha tę wielką dupę! Ten kawałek jest dla moich dziwek w pierdolonym klubie, które mają wielkie dupy. Wybaczcie, ale przez litość nie skomentuję.
Chłopcom zresztą też by się lektura Dumy i uprzedzenia przydała. Może w końcu dowiedzieliby się, że do dziewczyny należy zwracać się z szacunkiem (cóż, tutaj niektórzy mogliby się kłócić, bo Pan Darcy na balu w Netherfield zdecydowanie nie był zbyt przyjemny, ale uznajmy, że to i tak niewiele w porównaniu z epitetami, jakie dziewczyny słyszą dzisiaj), a nie, że spierdalaj, gruba dziwko, co kilka miesięcy temu dobiegło moich uszu zza bram okalających okoliczne gimb gimnazjum.

Ta książka ma dziesiątki zalet i musiałabym przez dzień cały pisać, by wymienić je wszystkie, ale nie chcę wystawiać na próbę waszej cierpliwości, więc przytoczę tylko kilka najważniejszych dla mnie. Duma i uprzedzenie stanowi na przykład doskonałe odzwierciedlenie stosunków panujących wśród angielskich wyższych sfer przełomu XVIII i XIX wieku i jest jednocześnie szalenie wobec nich prześmiewcza. Dlaczego? Na przykład dlatego, że pani Bennet, matka pięciu córek, to kobieta opętana obsesyjnym wręcz pragnieniem wydania ich za mąż, w dodatku możliwie jak najszybciej i jak najlepiej. Zresztą pani Bennet to w ogóle chodząca komedia, w dodatku głupia jak but z lewej nogi, choć trzeba jej przyznać, że z tymi małżeństwami ma kobiecina podejście zdecydowanie pragmatyczne. Mówiąc wprost, to taka czarna owca, której nieprzemyślane publiczne wypowiedzi wywołują rumieniec zażenowania na twarzach jej bliskich (ale tylko niektórych). W zasadzie oprócz głowy rodu, pana Benneta oraz Elizabeth i Jane, najstarszych sióstr Bennet, reszta członków tej rodziny rozumem nie grzeszy. Najmłodsze siostry, Lydia i Kitty to nastoletnie latawice uganiające się za stacjonującymi w pobliżu oficerami, a Mary, średnia córka, to taki XIX-wieczny Coelho w kiecce. Jest jeszcze pan William Collins, najbliższy krewny pana Benneta, który po śmierci tegoż ma objąć w posiadanie jego majątek Longbourn. I ów pan Collins, który w pewnym momencie powieści będzie starał się o rękę swej kuzynki Elizabeth, jest nadętym, żenującym i pompatycznym pastorem, którego obecność męczy gorzej, niż rotawirus. Serio, poczytajcie sobie jego teksty, niektórzy ludzie w dzisiejszych czasach wykopaliby go za drzwi, umierając przy tym ze śmiechu, albo zaczęli zastanawiać, czy chłop na pewno wziął rano wszystkie tabletki. Ale dosyć o Bennetach, czas na słodycze.

Elizabeth i pan Darcy, autor: Hugh Thomson
Zaczynamy zabawę, wyjmujcie szampana. Bingley i Darcy to, mówiąc wprost, XIX-wieczne idealne partie. Diablo przystojni, dobrze ustawieni, z pięknymi posiadłościami i grubym hajsem. Ale niestety, ci, którzy w XIX wieku mają hajs, raczej rzadko mogą pozwolić sobie na wyrwanie laski o niższym statusie społecznym. Po pierwsze, od dzieciństwa mają już tak poustawiane w głowach, że zwykli patrzeć niemal wyłącznie na kobiety równe sobie (pomijając już, że po prostu w takich kręgach się obracali i zwyczajnie nie mieli innej możliwości), a po drugie… mezalians, moi mili, mezalians. Niższy status społeczny wybranki/wybranka to w tamtych czasach (obecnie również, co tu dużo mówić) gigantyczny problem i pętla na towarzyskiej szyi, a plotki i obgadywanie to nie wymysł XXI wieku, bo dwieście lat temu również były w modzie. Mimo to, w Dumie i uprzedzeniu zarówno Bingley jak i Darcy skłaniają się ku kobietom zdecydowanie uboższym od siebie. I o ile Bingley totalnie ma to w czterech literach, tak Darcy’ego sprawa początkowo mocno gniecie, czemu daje wyraz w oświadczynach, które brzmią trochę tak: Elizabeth, kocham panią nad życie! Wprawdzie jest pani prawie tak biedna, jak mysz kościelna i stanowi to pewien problem, w dodatku pani rodzina to patentowane chamy i prostaki, ale nawet to nie potrafiło stłumić mojego głębokiego uczucia. Trochę jej pojechał, nie mówcie, że nie. Ale Darcy i tak jest ideałem, to chyba jedyna postać w literaturze, którą współczesne samce powinny obwiniać za to, że kobiety mają wygórowane oczekiwania w stosunku do mężczyzn. Darcy to ikona. Tak nawiasem, jego odpowiednikiem w polskiej literaturze jest dla mnie ordynat Michorowski, ten od Trędowatej. To wprawdzie gorsza i uboższa wersja, trochę tak, jakby kawior porównać z ikrą ze śledzia, ale wciąż niezła. Tak czy siak Darcy to mistrz, co to nawet po tajniacku pewne rzeczy załatwia, żeby się jego wybranka nie musiała złościć zanadto. I taki milczący jest na dodatek, a kobiety to lubią. Mnie to bierze, każdą by brało, i możecie sobie ściemniać, że nie, a ja i tak wiem swoje. 
I gdy tak na Dumę… patrzeć całościowo, to ta książka jest jak podręcznik socjologii, psychologii, historii kultury, gender i poradnik dla samotnych w jednym. Tyle dobra na trzystu stronach! Aż się wierzyć nie chce. I wcale nie jest tak, że totalnie usycham z tęsknoty za XIX-wieczną obyczajowością, która mimo wielu zalet miała jednak, patrząc współczesnym okiem, sporo wad. Bo widzicie, naprawdę dobrze jest móc zaczepić fajnego faceta i nie mieć świadomości, że popełnia się gigantyczną gafę, która odbije nam się czkawką i w dodatku postawi w złym świetle całą naszą rodzinę. Fajnie jest też, że już nie trzeba brać ślubu, żeby uprawiać seks, i że ani kobiety, ani faceci nie muszą mieć kija w tyłku. To wszystko jest naprawdę ekstra, ale nie oznacza automatycznie, że książki takie jak Duma i uprzedzenie należy traktować wyłącznie jako świadectwo dawnych obyczajów. Czy się tego chce, czy nie, jest w nich cholernie dużo mądrości i powinno się to wbijać do głów współczesnym, wychowywanym na Nicki Minaj i Rihannie dziewczynom, którym czasami wydaje się, że cycki i dupa wystarczą, żeby podbić świat i zdobyć serce faceta*.

* No dobra, właściwie często wystarczy właśnie tyle, ale dobrze wiecie, co mam na myśli.

Jeśli podobał Ci się ten wpis, proszę, kliknij „lubię to” pod tytułem posta, lub udostępnij go na swojej tablicy. Pomożesz mi tym w rozwoju bloga.

Dodaj komentarz