Wrzesień z Jane Austen #2 Jak strollować własną bohaterkę?


Czy można świadomie i bez wyrzutów sumienia strollować bohatera swojej własnej powieści? Jeśli przeszło Ci przez myśl, że nie, to błagam, odejdź. Nie czytaj dalej, po prostu sobie idź. Ale jeśli kiwasz głową i myślisz, że to wspaniała sprawa… 

Od pewnego czasu żyję w głębokim przekonaniu, że gdyby Jane Austen żyła w czasach nam współczesnych, byłaby kimś podobnym do George’a Martina. Czyli wiecie, takim pisarzem, co to sam sobie robi jaja ze stworzonych przez siebie postaci, nabija się z nich na Twitterze i uprawia coś w rodzaju real time marketingu, odnosząc zachowania swoich bohaterów do aktualnych wydarzeń. Gdy kilka dni temu czytałam Opactwo Northanger, nie mogłam wyjść z podziwu dla pełnego kunsztu sarkazmu Jane. Ale zacznijmy od tego, że zanim przejdę do rzeczy, pobawimy się w szkołę.

źródło

Opactwo Northanger to parodia powieści gotyckiej, czyli takiej, w której koniecznie musi być szaro, buro i ponuro, a akcja powinna dziać się w pełnym grozy zamczysku lub dworze, gdzie mieszka tajemniczy, przerażający jegomość i ze dwa duchy jego zmarłych na gruźlicę byłych żon. W idealnej powieści gotyckiej powinna pojawić się jeszcze jakaś nadobna dziewica o gołębim sercu, wtedy w ogóle jest cacy i mamy hit roku. Opactwo Northanger to właśnie parodia takiej powieści. Catherine Morland, jej główna bohaterka, nie jest ani specjalnie ładna, ani ponadprzeciętnie inteligentna. Nasza słodka Jane nawet nie próbuje być dla niej specjalnie litościwa, bo…

A oto nasza heroina w wersji filmowej. Reżyser
był bardziej łaskawy niż Jane
Źródło

Catherine, chuda i dość niezgrabna, cerę miała ziemistą, włosy ciemne i proste, a rysy ostre. Również cechy umysłu nie predestynowały jej na heroinę. (…) Nie zdarzało się, by opanowała coś bądź zrozumiała, nim jej to wytłumaczono, a czasem nawet to nie pomagało, bo często była nieuważna, a chwilami wręcz tępa. (Jane Austen, Opactwo Northanger, Prószyński i S-ka, s. 5-6)

Trochę sobie pojechała po własnej bohaterce, ale zrobiła to z premedytacją, podczas gdy niektórzy pisarze (nie napiszę którzy dokładnie, ale kilku blogerów już o tym pisało i zrobiło to mistrzowsko, if you know what I mean…) ośmieszają swoich bohaterów i siebie, choć nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Wróćmy jednak do głównego wątku. Jane trolluje Catherine niemal bez przerwy, ale trzeba jej przyznać, że po równo pastwi się w zasadzie nad wszystkimi, także nad mężczyznami.
Jeśli komukolwiek wydawałoby się, że to wytwór współczesności, iż męskie ego puchnie z powodu ilości koni mechanicznych pod maską posiadanego pojazdu, muszę wyprowadzić go z błędu. Bo nie, to wcale nie jest znak wyłącznie naszych czasów. Męska próżność łechtana była w najlepsze już w XIX wieku, a chwalipięctwo uprawiano wówczas pierwszorzędne… przynajmniej tak przedstawiła to Jane, ale raczej nie zakładałabym się o żaden hajs obstając za twierdzeniem, że przesadziła celowo. Wszyscy dobrze wiemy, jacy bywają mężczyźni, prawda?
(…) A chyba nikt nie odważy się powiedzieć, że mój koń robi mniej niż dziesięć mil na godzinę w zaprzęgu. To oznacza, że przejechaliśmy dwadzieścia pięć mil. (…) Proszę tylko spojrzeć na mojego konia. Czy widziała pani kiedyś równie szybkie zwierzę? – Służący właśnie wdrapał się na kozioł i miał zamiar odjechać. – To ogier pełnej krwi! Dwadzieścia trzy mile w trzy i pół godziny? Wystarczy spojrzeć, by zrozumieć, że to całkiem niedorzeczne. 
– Rzeczywiście, koń jest bardzo zgrzany!
– Zgrzany! Nie widać było po nim nawet śladu zmęczenia aż do kościoła w Walcot. Ale proszę spojrzeć na jego pysk i na zad, proszę spojrzeć, jak się porusza. Taki koń nie może robić mniej niż dziesięć mil na godzinę, choćby mu się nogi spętało. A jak się pani podoba moja dwukółka, panno Morland? Zgrabna, prawda?(…) Ma zawieszenie kariolki, siedzenie, kufer, pochwę na szpadę, błotnik, srebrne listwy – niczego nie brakuje. Cała kowalska robota jak nowa albo jeszcze lepiej. A on chciał tylko pięćdziesiąt gwinei. Od razu wyjąłem sakiewkę i powóz był mój. (str. 44-45)
Ale dobra, koniec nabijania się. Chociaż nie, jeszcze jedno…
Jeśli bowiem rację ma pewien szanowany autor, twierdzący, że nic nie usprawiedliwia panny, która zakocha się w dżentelmenie, zanim ten wyzna jej miłość, to trzeba jasno powiedzieć, że młoda dama nie powinna także śnić o młodzieńcu, dopóki nie wiadomo, czy on śnił już o niej. (str. 24)
Pamiętajcie, nie wolno śnić o mężczyźnie dopóki nie upewnicie się, że on śnił o was. Tylko latawice nie przestrzegają tej zasady.

Teraz już naprawdę koniec. Opactwo Northanger niestety nie zainspirowało mnie do żartów tak mocno, jak Duma i uprzedzenie, nie będzie zatem więcej błazenady, sorry Winnetou. Za pierwszym razem podobało mi się chyba bardziej. Tym razem zwróciłam jednak uwagę na pewien fragment, który postanowiłam zacytować. Ciekawy, taki prosto z trzewi, raczej na serio, nie na żarty. Nim zakończę.

Przyjaźń między Catherine i Isabellą pogłębiała się tak szybko, jak to zapowiadał jej serdeczny początek. (…) Jeśli poranny deszcz uniemożliwiał spacery, zamykały się w pokoju i czytały razem powieści. Tak właśnie, powieści. Nie zamierzam bowiem iść w ślady innych powieściopisarzy, wzgardliwą krytyką umniejszających wartość dzieł, które sami mnożą. Sprzymierzają się ze swymi najbardziej zażartymi wrogami, obrzucając powieści nieprzyjemnymi epitetami, i nie pozwalają swym bohaterkom ich czytać. A jeśli jakaś heroina bierze już do ręki powieść, to tylko po to, by odłożyć ją z niesmakiem, przerzuciwszy zaledwie kilka stron. Jeśli bohaterki rozmaitych romansów nie będą się wzajemnie spierać, w kim znajdą oparcie? Na to nie mogę się zgodzić. Zostawmy krytykom przyjemność obrzucania obelgami płodów wyobraźni i krytykowania każdej kolejnej, świeżo wydanej powieści i wspierajmy się nawzajem. Żaden inny rodzaj twórczości nie dostarczył czytelnikom tylu wrażeń i przyjemności i żaden inny nie został tak zdeprecjonowany. Duma, ignorancja albo moda sprawiają, że mamy prawie tyle samo wrogów, co czytelników. (…) Jakże często można usłyszeć: „Nie czytuję powieści, naprawdę rzadko do nich zaglądam. Proszę nie sądzić, że są moją ulubioną lekturą, ale to wyjątkowo dobra książka – jak na powieść oczywiście”. Albo: „co pani czyta, panno…?”. „Och, to  tylko powieść” – odpowiada młoda dama, z udawaną obojętnością albo rumieńcem wstydu odkładając tom. (str. 33-34)

Dodaj komentarz